Gry, do których stale wracamy

wtorek, 1 października 2019
Share

Co sprawia, że nie potrafimy rozstać się z pewnymi grami i ciągle do nich wracamy?

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2mDZop7 / Apple: https://apple.co/2puRSxO

Listen to “Gry, do których stale wracamy” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Każdy miesiąc to przynajmniej kilka nowych wartych uwagi tytułów growych, które powinny wylądować na moim pulpicie w formie skrótu albo ekranie głównym po odpaleniu mojego Playstation. To mainstreamowe produkcje albo niezależne perełki, z których każda mogłaby mnie nauczyć czegoś nowego – o opowiadaniu historii i o projektowaniu gier. I takie też podjąłem sam ze sobą postanowienie: chcesz się uczyć storytellingu i game designu? Graj w jak najwięcej gier, w które wiesz, że warto zagrać. Poszerzaj horyzonty, buduj wyobraźnię, zdobywaj narzędzia.

Ale kiedy spojrzę na tytuły, które trzymam na dysku twardym swojego PCta i konsoli, to w większości są to gry, które już dobrze znam i ograłem na dziesiątki sposobów: 

BioShock 1 i 2, Fallout: New Vegas (z modami), Deus Ex: Mankind Divided. X-Com 2. Total War: Shogun 2. Civilization V. Horizon Zero Dawn. GTA V (z modami). A dopiero co skończyłem zabawę z Planescape: Torment i Star Wars: Knights of the Old Republic.

Można powiedzieć, że trzymam się twardo nieśmiertelnej zasady inżyniera Mamonia i najbardziej lubię te gry, które już znam. A każdy ten tytuł blokuje mi wolne bloki czasu, które przecież powinny stanowić miejsce na ogrywanie nowych, świeżych tytułów. Zadałem więc sobie pytanie: czemu jest cały szereg gier – starszych i nie tak starych – do których po prostu chcę wracać, znajdując w tym tyle przyjemności?

I odpowiedź podsunął mi niedawny artykuł w serwisie Polygon: dlaczego pewne gry sprawiają, że czujemy się jak w domu, kiedy w nie gramy?

Autor pisze w nim o swojej miłości do Zeldy: Breath of the Wild, czyli najlepszej gry, w którą nigdy nie grałem i pęka mi serce z tego powodu, bo nie mam Nintendo Switch, ale nie o tym. Następnie sięga po komentarz game designerki i psycholożki, która tłumaczy dlaczego otoczenie i postaci w tej grze sprawiają, że autor grając w nią czuje się… jak w domu.

Postanowiłem pociągnąć ten temat dalej i nieco pogłębić, sięgając po komentarz mojego kolegi, psychologa i psychiatry Adama Bełdy, który fantastycznie czerpie właśnie z psychologii oraz neurobiologii, tłumacząc dlaczego gry wideo wpływają w taki, a nie inny sposób. Szereg jego artykułów możecie znaleźć w serwisie GryOnline.pl, do których gorąco zapraszam. 

Dałem Adamowi zadanie: wyjaśnij mi, jak naukowiec, co sprawia, że nie potrafię rozstać się z pewnymi grami i że wracam do nich nawet wtedy, kiedy wydłuża się kolejka soczystych nowości walczących o moją uwagę.

UWAGA! Wypowiedzi Adama znajdują się w wersji vlogowej i podcastowej – nie transkrybowałem ich do wersji na blogu.

Żeby to zilustrować, sięgnijmy po Fallouta. I mam na myśli zarówno Fallouta 1 i 2 jeszcze od studia Black Isle, czyli dwie gry, w które gram od 20 lat. Nie żartuję. Do żadnej serii nie wracam tak często i tak długo. Oraz Fallouta 3 i 4 od studia Bethesda i New Vegas od Obsidian. Zresztą, przy Falloucie 3 udało mi się pobić rekord w długości grania non-stop w listopadzie 2008 roku, w noc, w którą Barack Obama został wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pomyślałem, że warto to uczcić grając dalej i tak zeszło łącznie jakieś… nie wiem… 11 godzin? Takich rzeczy się nie zapomina.

W każdym razie. Kiedy myślę o tym, czemu wracam do Falloutów, bardziej oczywista odpowiedź nasuwa się sama: bo to fantastyczne, w dużej mierze otwarte światy, nielinearna przygoda, przez którą nikt nie prowadzi mnie na siłę jak po sznurku oraz daje przyjemność z odkrywania: lokacji, smaczków, nowych konfiguracji umiejętności i statystyk postaci. To ta odpowiedź oczywista.

Ta mniej oczywista brzmi: bo jestem więźniem nostalgii. A kiedy gram w Fallouta, wracają do mnie te stany emocjonalne, wspomnienia i okoliczności, które towarzyszyły mi wiele lat temu: kiedy unikałem chodzenia na rekolekcje w ‘99, żeby grać w Fallouta 1; kiedy przegryzałem kabel od myszki, gdy moja postać umierała od napromieniowania w Falloucie 2, bo mój angielski był za słaby, żeby zrozumieć, co się odjaniepawla. I kiedy mogłem zarwać całą noc i jeszcze pół dnia, grając w Fallouta 3 i nie ponieść z tego tytułu konsekwencji, bo moje studia i tak były już w rozsypce.

Oto nostalgia. Jest w moim życiu kilka gier i na pewno w Waszych też, które podobnie jak utwory muzyczne, zapisały w sobie mój przeszły stan ducha. I grając w nie, próbuje, jakkolwiek, odtworzyć to, co czułem kiedyś. 

Więc nostalgia, która stymuluje mój układ nagrody. Co jeszcze? Jak sugeruje autor artykułu w Polygon, efekt ekspozycji. Tzn. im częściej wchodzimy w kontakt z konkretnym bodźcem, tym bardziej się do niego przyzwyczajamy i tym większą sympatią go darzymy. Tak jest np. z grami z serii Civilization, Total War, czy Starcraft – strategiami, w których próg wejścia dla gracza umieszczony jest dość wysoko, tzn. trudno jest na wstępie opanować podstawy ich mechaniki, jest to dość czasochłonne, a jeszcze trudniej dotrzeć do punktu, w którym można uznać, że jest się w nie po prostu dobrym. Ja chętnie wracam do tych gier, bo chociaż ciężko było mi się z nimi polubić, to teraz – gdy ogrywam je ponownie i ponownie – czuję się za każdym razem lepszy niż poprzednio. Bo już je znam. A jednocześnie, boję się inwestować czas w inne, także złożone strategie, bo wiem, że dużo czasu zajmie ich zrozumienie. Więc zostaję bezpiecznie przy tym, co znam, a że to znam, to lubię to bardziej i bardziej z każdą kolejną rozgrywką, bo przecież efekt ten się kumuluje.

Jest coś jeszcze. Gry, które wymieniłem przed chwilą, jak Civilization, Total War, czy Starcraft to strategie, które oferują mnogość zmiennych i różnych konfiguracji. De facto są grami o emergentnym charakterze, tzn. takimi, w których to gracz sam opowiada historię swoimi działaniami. Podobnie wspomniane Fallouty, czy Minecraft, Fortnite albo GTA V. Moje rozgrywki mogą potoczyć się w nich w sposób, którego nigdy bym nie przewidział. Żaden gracz nie przeżyje dokładnie tego samego co inny, a moja kolejna rozgrywka zawsze będzie różnić się od poprzedniej – mniej bądź bardziej.

Zostawiam na koniec coś jeszcze, co nie jest już koncepcją psychologiczną, a raczej socjologiczną. Tzw. trzecie miejsce. To termin określający przestrzeń, która nie jest ani pierwszym miejscem, czyli naszym domem, ani drugim miejscem, czyli naszą pracą. Dwiema przestrzeniami, w których spędzamy najwięcej czasu. Ta trzecia, wg amerykańskiego socjologa Raya Oldenburga, jest miejscem odpoczynku od rutynowych czynności. Neutralną przestrzenią, w której mogę nabrać oddechu. I którą może stanowić przestrzeń wirtualna, jak gry wideo.

Dlatego tak, jak autor artykułu na Polygon zwierza się, że powrót do znajomych okolic i postaci w Zelda: Breath of the Wild to dla niego błogość i komfort, jak gdyby wrócił do domu po bardzo długiej i wyczerpującej podróży, tak dla mnie powrót do krainy Skyrim, do renesansowej Wenecji w Assasin’s Creed II, czy do Oxenfurtu w Wiedźminie 3 jest jak moje trzecie miejsce. Przestrzeń, którą doskonale znam i która może nie zawsze jest bezpieczna, ale pozwala mi na eskapizm: zachwyt otoczeniem, architekturą, przyrodą, drobiazgami, które zapamiętałem i których odtwarzanie przed moimi oczami w czasie rzeczywistymi, a nie w wyobraźni pozwala mi poczuć… relaks. I odczuć, że to przestrzeń tylko dla mnie.

Więc… czy powrót po raz kolejny i kolejny do starych strzelanek, klasycznych, izometrycznych gier RPG na silniku Infinite czy kochanych, starych dobrych Heroesów jest rzeczywiście marnowaniem czasu? Czy to tylko nostalgia i słabość do tego co znam i już lubię?

Postawię pytanie inaczej. Jeżeli na moje twardy dysk będą trafiać wyłącznie te gry, od których powinienem się uczyć – czy to nie odbierze mi  przyjemności z grania w gry po prostu i nie stanie przykrym obowiązkiem? Przecież gry to na pierwszym i na ostatnim miejscu rozrywka i wyzwalacz pokładów przyjemności.

Poza tym tytuły do których wracam pozostają w gronie najlepszych w historii gamingu. Może jeżeli można się czegoś nauczyć nt. projektowania gier, to właśnie od nich?

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.