Recenzja AD ASTRA. Jądro ciemności w kosmosie
"Ad Astra" prowadzi Brada Pitta przez trudy do gwiazd. To jednak bardziej "Jądro Ciemności" niż "Interstellar".
🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe
Spotify: https://spoti.fi/2lq3W1Q / Apple: https://apple.co/2oFwnKZ
Listen to “Recenzja AD ASTRA. Jądro ciemności w kosmosie” on Spreaker.
📰 Wersja tekstowa
W “Ad Astra”, jakby mimochodem, z ust bohaterów padają słowa, które zwiastują nową-starą religię w erze podboju kosmosu. Im dalej od Ziemi, im bliżej nieznanego, tym bliżej Boga. A im bliżej Boga, tym bliżej dowodu na istnienie życia pozaziemskiego. Ale co jeśli Bóg milczy, a my we Wszechświecie jesteśmy sami? Co jeśli mamy tylko siebie?
Na te pytania odpowiada nowy obraz Jamesa Graya i robi przy tym coś niezwykłego: nie popada w pretensjonalność, naprawdę ma głębię, a przy tym zapewnia to, czego oczekiwalibyśmy od rasowego kosmicznego sci-fi.
W ostatnich latach takie produkcje jak “Ex Machina”, “Annihilation”, czy niedawne “I am Mother” przywróciły do łask intelektualną fantastykę naukową. Stworzyły przy tym kosmiczną próżnię, którą po “Grawitacji” i “Interstellar” dopiero teraz wypełnia “Ad Astra” – efektowna, ale nie efekciarska, bystra, ale nie przeintelektualizowana.
Efektowna przez duże “E”, bo zdjęcia, jakie zobaczycie w tym filmie i sposób ukazania bezkresu i piękna przestrzeni kosmicznej jest doprawdy trudny do opisania. Z jednej strony przygnębiająca małość człowieka uwięzionego w czarnej nicości jak w “Grawitacji”, z drugiej – kosmiczny majestat, który otwiera swoje drzwi przed ludzkością, jak w “Interstellar”. Ale “Ad Astra” idzie nawet dalej. Poza fenomenalnymi zdjęciami i pracą kamery, opowiadającą historię nawet przez odbicie w skafandrze głównego bohatera, jest też pomysłowy design i gra barw, może trochę inspirowana “Blade Runnerem 2049”. Mamy szary, skonsumeryzowany księżyc, który wygląda jak centrum handlowe, po tym jak komercyjne wycieczki na księżyc stały się codziennością. Mamy pomarańczowy, betonowy Mars, który wygląda jak niekończący się bunkier wprost z mokrego snu Envera Hoxhy. I mamy olbrzymią antenę orbitalną, która sięga ponad ziemską atmosferę. To architektura, zdjęcia, kolory i detale, często obecne na ekranie tylko przez moment, mówią nam więcej o wizji przyszłości, w której ludzie zaczęli podbój naszego układu słonecznego, niż sami bohaterowie.
A tych jest wcale niemało, chociaż ich czas ekranowy jest krótki, bo cała historia to jednak perspektywa i narracja głównego bohatera. Poprzedni film Graya, “The Lost City of Z” opowiadał o brytyjskim odkrywcy poszukującym zaginionej cywilizacji, który lepiej czuł się w amazońskiej dżungli, niż w rodzinnym domu. “Ad Astra” powiela ten motyw 1:1, tyle, że w kosmosie. Brad Pitt, jako astronauta Roy McBride przemierza gwiazdy, by spotkać się z niewidzianym od dekad ojcem. Nie wiadomo czy ten w ogóle żyje, wiadomo jedynie, że z jego stacji badawczej w okolicach Neptuna napływają promienie anty-materii, które zagrażają życiu na Ziemi.
Można pomyśleć, że opowieść prowadzi Roya McBride’a przez trudy do gwiazd, zupełnie jak “Interstellar”. Lepszym porównaniem byłoby “Jądro Ciemności” w kosmosie. Postać dr Clifforda McBride’a, ojca głównego bohatera, którego misją i powołaniem było znaleźć ślady życia pozaziemskiego, przywołuje w pamięci postać pułkownika Kurtza. Człowieka-legendy, złożonej zagadki, której rozwiązanie mówi wiele o rozwiązującym. Dlatego droga Roya McBride’a jest oczywiście także drogą do samopoznania. Banalnie byłoby powiedzieć, że “Ad Astra” jest filmem o poszukiwaniu sensu, ale tak właśnie jest. Nawiązując do słów, którymi otworzyłem ten materiał, to także metafora Boga i desperackiego poszukiwanie czegoś więcej we Wszechświecie, w którym czujemy się tak bardzo samotni. Czasem z wyboru.
Specjalne wyróżnienie należy się Bradowi Pittowi, który cały ten film uniósł na swoich ramionach. Jako Roy McBride po prostu błyszczy – bez jakichkolwiek manier, których nabrał w ostatnich latach, a które wychodzą na wierzch w każdej jego roli, także ostatnio u Tarantino; jest niepokojąco opanowany, dysfunkcyjnie powściągliwy, a kiedy już przez pęknięcia w tym monolicie prześwitują jakieś emocje, Pitt potrafi drganiem powieki wyrazić więcej niż niejeden aktor-akrobata przez cały film. Brawa na stojąco. Uważam, że to jedna z najlepszych ról w jego karierze. Reszta obsady dotrzymuje mu kroku, nawet jeśli tylko przez chwilę. Jest pewna niespodzianka i aktor, którego obecność tylko potwierdza moją spiskową teorię, jakoby “Ad Astra” była zakamuflowaną kontynuacją “Kosmicznych Kowbojów” z 2000 roku. Kto wyłapie, ten wyłapie ;)
Na koniec jeszcze słowo o muzyce autorstwa Maksa Richtera. Coś niezwykłego. Z jednej strony jest elementem udźwiękawiającym akcję, tak jak to było w przypadku nowatorskiej ścieżki dźwiękowej Stevena Price’a w “Grawitacji”. Z drugiej, kiedy łapie oddech, zdaje się opowiadać historię jak w obrazach Sergio Leone. Zupełnie jakby Brad Pitt słyszał te dźwięki i grał właśnie pod nie. Swoją drogą, aktorzy grający u Sergio Leone naprawdę grali pod muzykę Ennio Morricone wykonywaną na żywo na planie zdjęciowym. Efekt był niepowtarzalny, szczególnie w połączeniu z upodobaniem reżysera do pełnych i długich zbliżeń na twarze aktorów.
Ścieżce dźwiękowej Maxa Richtera na pewno dam szansę także na słuchawkach, nawet bez filmu. A ten oceniam bardzo wysoko. 9 na 11 w skali B/S. Fantastyczne zaskoczenie. Bardziej spektakularny niż przypuszczałem, dynamiczny, a jednocześnie kameralny, głęboki i pozostawiający z refleksją bez nadmiernego filozofowania. Prezentujący też fascynujący świat przedstawiony do zrekonstruowania przez uważnych widzów z rozsypanych kawałków. Do kina marsz, póki macie możliwość obejrzeć obraz z doskonałym nagłośnieniem.