EUFORIA to katastrofa

środa, 25 września 2019
Share

EUFORIA to jedna z najgorszych rzeczy, jakie przyszło mi oglądać. I wcale nie dlatego, że jest to serial tani czy kiczowaty.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2mn171J / Apple: https://apple.co/2VNCn08

Listen to “EUFORIA to katastrofa” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Euforia nie jest stanem, który towarzyszył mi podczas oglądania “Euforii”. Mówiąc dosadniej, serial Sama Levinsona, który ostatnio bardzo namolnie promowało HBO mógłby spokojnie posłużyć za spot rekrutacyjny Boko Haram. Tak, mam na myśli tę ekstremistyczną bojówkę islamską, której nazwę można przetłumaczyć jako: nowoczesne wychowanie to grzech lub kultura zachodu jest grzechem. Gdybym urodził się w Czadzie czy Kamerunie, żył w ubóstwie i całe życie czytał tylko Koran i ktoś wyświetliłby mi odcinek “Euforii” dodając: to właśnie z tym musimy walczyć, to zapytałbym tylko gdzie znajdę strzelnicę. Jadę na ostro, tak jak ten serial, który szokuje dla zasady, bez głębszego celu. Będę go teraz hejtował, ale nie bezmyślnie. Podam kilka argumentów, dla których jest to jedna z najgorszych rzeczy, jakie oglądałem, mimo, iż zebrał stosunkowo dobre recenzje krytyków i widzów.

Coś o fabule. “Euforia” opowiada o grupie amerykańskich nastolatków, którzy imprezują, ćpają, pieprzą się, kręcą sekstejpy, szantażują się, zdradzają, manipulują i marzą o tym, aby zostać influencerami. Mógłbym dodać, że pieniądze są także w centrum ich zainteresowań, ale nie do końca, bo większość z nich pochodzi z zamożnej klasy średniej i dzięki rodzicom ma mleko pod nosem.

Nie licząc głównej bohaterki, jaką jest Rue, wszystkich bohaterów drugoplanowych, jak Cal, Maddy, Kat, Nate’a, Chris, cechuje kompletny brak kręgosłupa moralnego, brak ambicji czy chociaż jakiejś pasji. Gdybym miał ich określić dwoma słowami, powiedziałbym: cyniczni hedoności. Ludzie, którzy nigdy nie przeczytają “Mieć czy być” autorstwa Ericha Fromma, ale to i tak nie ma znaczenia, bo już dawno wybrali “mieć”. Są egoistami o płytkich potrzebach, sami tworzą sobie problemy, nie reprezentują żadnych wartości i mają w sobie tyle błyskotliwości, ile polscy streamerzy “Fortnite’a”. Czy takie są amerykańskie nastolatki? Nie. Takie są amerykańskie nastolatki w serialu “Euphoria”. I żeby skontrastować to wszystko co mówię, posłużę się przykładem innego serialu z gatunku “teenage drama” jakim jest “Sex Education” na Netflix. Co prawda brytyjski, ale także o nastolatkach w tym samym wieku, także w liceum i – co zabawne – mający bohatera, którego “Euphoria” niemal dosłownie skopiowała 1:1. Chodzi mi tu o Adama Groffa – przystojnego i popularnego w szkole sportowca, znęcającego się nad słabszymi, który ma problem z dziewczyną, opresyjnym ojcem i tożsamością seksualną. Kim zaś jest Christopher McKay w “Euphorii”? Przystojnym i popularnym w szkole sportowcem, znęcającym się nad słabszymi, który ma problem z dziewczyną, opresyjnym ojcem i tożsamością seksualną. Jedyna różnica między tą dwójką bohaterów jest taka, że jeden z nich jest ciekawy, przechodzi wyraźną przemianę na przestrzeni kilku odcinków i nawet daje się polubić. Zgadnijcie który.

“Sex Education” nawet trzecioplanowe postaci czyni co najmniej intrygującymi i jak wskazuje tytuł, także nie unika tematu seksu i seksualności, też bywa wulgarny, też ma dragi, też ma nastoletnią dramę… ale jest przy tym czarujący, piekielnie zabawny i wie, co chce powiedzieć. A “Euphoria” niestety próbuje. Bo Sam Levinson co jakiś czas stara się poruszyć tematy uzależnienia, choroby psychicznej, odmienności seksualnej i cielesnej, w tym także otyłości. I za każdym razem, kiedy to robi, wykorzystuje w tym celu możliwie najtańsze środki w dostępnym asortymencie filmowca: przerysowaną sentymentalność przeplataną z szokiem i obrzydzeniem. (swoją drogą, przez pierwsze 5 odcinków przygotujcie się, że co jakiś czas natraficie na męskiego penisa albo całą ich armię  – nie dlatego, że to ma jakieś uzasadnienie, po prostu np. będziecie oglądać masturbującego się grubasa po drugiej stronie portalu sex livestreamowego; bo tak).

I nawet, kiedy scenarzyście i reżyserowi w końcu udaje się wzbudzić w nas jakieś współczucie, kiedy już sprawia, że chcemy polubić postać, którą spotkało w przeszłości coś przykrego czy która nie jest w stanie wygrać ze swoimi demonami, to wyciąga nam dywan spod nóg. Bo w swoim trybie domyślnym postać okazuje się odpychająca, zachowuje się bezsensowne albo jest zwyczajnym kretynem. Taki mały tip: jeżeli chce się stworzyć postać, z którą widz miałby empatyzować, to pewnie – może być zła, może być nawet odrażająca, ale niech nie będzie wulgarnym idiotą. Po to oglądamy fikcję, żeby dać się porwać. Z kamerą wśród zwierząt to reportaże. dokumenty i Big Brother. Naprawdę nie mam ochoty oglądać w serialu, w którym bohaterami jest grupa ludzi odrzuconych w castingu do polsatowskiego reality show “Love Island”.

Więc. Bohaterowie, którzy przez większość czasu wywołują odruch wymiotny i do tego ważne tematy, które autor sam sabotuje i w moim odczuciu trywializuje. Zamiast na poważnie pochylić się nad tematem akceptacji własnej cielesności, woli szokować otyłą bohaterką, która albo ogląda pozytywne komentarze pod swoim sekstejpem albo zalicza przypadkowych facetów w każdym kolejnym odcinku, ale nawet to nie pozostaje w jakikolwiek sposób skomentowane: w jaki sposób to na nią wpływa? Czy czuje się ze sobą lepiej czy gorzej? Do czego konkretnie dąży? Co mi to dokładnie mówi o problemie otyłości i poczuciu własnej wartości? Levinsona niespecjalnie to interesuje, bo trzeba przeskoczyć do kolejnej postaci albo podtrzymać uwagę kolejnym fajnym montażem – i w efekcie mnie też przestaje to za bardzo interesować. Tak, jakby robił serial wyłącznie dla ludzi, którzy oglądają seriale tak, jak przeglądają Instagrama czy Twittera. Impulsywnie, kompulsywnie, dorywczo i bez celu.

Wreszcie, a propos braku celu, ten serial nie ma fabuły. Przez osiem odcinków miałem wrażenie, że wszyscy bohaterowie kręcą się w kółko. Nie ma żadnego spoiwa, motywu przewodniego, jak było to w “Sex Education”. Tam dwójka bohaterów, Otis i Maeve, decydują się oferować płatne doradztwo w zakresie edukacji seksualnej w szkolnej toalecie. Robią z tego mały biznes, a jednocześnie coraz bardziej komplikują swoją sytuację. Do tego każde z nich ma swoje osobiste problemy, które zostają wplecione w główny wątek i dzięki jego rozwiązaniu przechodzą jakąś przemianę wewnętrzną. Proszę bardzo. Klarowne. 

Jaki jest zarys fabuły “Euphorii”? Uwaga, to opis słowo w słowo ze strony HBO: 

Serial HBO o grupie licealistów szukających własnej drogi i tożsamości w skomplikowanym nastoletnim świecie pełnym narkotyków, seksu i traum, w którym ważną rolę odgrywają media społecznościowe, miłość i przyjaźń.

Przepraszam, ale to kurwa nie jest zarys fabuły, tylko świata przedstawionego. I do tego nie świata przedstawionego, a w praktyce świata, który znamy na co dzień. Gdzie tu bohater/bohaterka? Gdzie jakaś potrzeba i cel do zrealizowania? Przeszkoda? Cokolwiek?

Ale ten opis, jak na ironię, jest bardzo adekwatny, bo właśnie o tym jest serial. Mógł skupić się na bohaterce, jaką jest Rue grana przez Zandayę, ale wolał wrzucić do barszczu 6 czy 7 innych znacznie mniej ciekawych postaci, z którymi następnie nie robi absolutnie nic. I mówiąc “nie robi z nimi nic” mam na myśli podstawową regułę scenariopisarstwa: przedstawić jakąś drogę, którą pokonuje postać z punktu A do punktu B. Co w wyniku jej pokonania zmieniło się w tej postaci? Co stało jej na przeszkodzie i co osiągnęła? Z bohaterami “Euphorii”, nie licząc Rue, nie dzieje się nic. Zostają porzuceni przez autora w próżni bądź tenże zamyka ich wątki w tak prymitywny sposób, w jaki je prowadził. Wystarczyło skupić się wyłącznie na bohaterce, która jest ciekawa i autentyczna na tle swoich rówieśników oraz na jej problemach z uzależenieniem i akceptacją. 

Nie ma sensu dłużej się nad tym znęcać. Wiem, że część z Was będzie się ze mną spierać i bardzo dobrze, chętnie poznam Wasze argumenty. Ale zanim zetrzecie mnie w proch, to chcę, aby to wybrzmiało:

najmocniejszym elementem całego serialu jest wybitna Zandaya w roli Rue. To ona sprawiła, że byłem gotów obejrzeć “Euforię” do końca. Sama bohaterka też wzbudziła we mnie i empatię, i sympatię. Naprawdę jej kibicowałem, szczególnie w dalszej części fabuły. Gdybym Sam Levinson skupił się na niej, a nie rozkawałkowywał historii na mniejsze wątki, puste dosłownie i w przenośni, to pewnie miałbym do tego serialu inny stosunek.

Levinson też nie ma się czego wstydzić jeżeli chodzi o pracę kamery i zdjęcia, które momentami zachwycają (choć jeśli są tylko popisem dla popisu, to nie ma to większego sensu), a sama końcowa surrealna sekwencja w finałowym odcinku – z rozbudowaną choreografią, niemal jak w “This is America” Childish Gambino – to po prostu majstersztyk. Szkoda, że nie mogło tego być więcej. Trochę przenośni, trochę oniryzmu, trochę liryzmu i nagle serial nie byłby taką bułą z parówą bez musztardy.

Jeżeli ktoś z Was szuka świetnego teenage drama, które ciekawiej mówi o nastolatkach, ich problemach i ma fabułę, to koniecznie “Sex Education”. Albo, żeby było zabawniej, “Good Boys”, które jeszcze możecie złapać w kinach.

A jak szukacie serialu, który szokuje, ale przynajmniej robi to w konwencji komiksowej i nie boi się absurdu, to “Happy?”.

Ale “Euphorię” oglądajcie wyłącznie na własną odpowiedzialność. To lukrowany nihilizm i produkt, który powinien był trafić na Instagrama w formie “Insta Story”.  I chyba dlatego oglądałem go z dziwną fascynacją, że można stworzyć coś tak płytkiego i odpychającego i co to właściwie mówi o tzw. generacji Z. Drugi seans byłby już dla mnie torturą. 

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.