JOKER w każdym z nas / Recenzja filmu

sobota, 5 października 2019
Share

Czy "Joker" Todda Philipsa zasługuje na tytuł arcydzieła? I czy kontrowersje wokół tego filmu są uzasadnione?

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/357fXew / Apple: https://apple.co/32jYs90

Listen to “JOKER w każdym z nas / Recenzja filmu / BEZ SPOILERÓW” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Co kilka miesięcy pojawia się film, na temat którego każdy chce wyrobić sobie opinię jeszcze przed premierą. Niedawno tak było z “Mother!” Darrena Aronofsky’ego i “The House That Jack Built” Larsa von Triera (i w zasadzie ze wszystkimi innymi filmami tego pana). Teraz przyszła pora na “Jokera” Todda Philipsa.

Obraz zdobył Złotego Lwa w Cannes, co wprawiło w osłupienie niejednego krytyka. Jedni są w zachwycie, inni alarmują, że film jest “niebezpieczny” i “toksyczny”. Są tacy, jak Richard Lawson z Vanity Fair, którzy uważają, że Arthur Fleck, tytułowy Joker, może stać się wzorem do naśladowania dla grupy społecznej inceli, czyli generalnie białych mężczyzn czujących się wykluczonymi i sfrustrowanymi przez brak powodzenia u kobiet. Stephanie Zacharek z TIME’a pyta, czemu mamy współczuć Fleckowi, skoro co tydzień w Ameryce jakiś Fleck wywołuje prawdziwą strzelaninę. Nawet amerykańskie wojsko rozesłało do żołnierzy specjalną notatkę ostrzegającą przed potencjalnymi aktami przemocy podczas premiery kinowej filmu.

Czy te obawy rzeczywiście są uzasadnione? I czy “Joker” rzeczywiście jest niebezpieczny także poza ekranem?

Odniosę się do tych zarzutów w dalszej części recenzji, ale zacznę od tego co najważniejsze.

Cudownie móc to powiedzieć, że “Joker” jest komiksową adaptacją/nie-adaptacją. Filmem w nurcie superbohaterskim bez superbohaterów. Obrazem o prawdziwie artystycznych ambicjach, czerpiącym garściami z twórczości Martina Scorsese, który udało się sprytnie przemycić w korporacyjnym systemie wielkich wytwórni filmowych.

Jak pewnie się domyśliliście po zwiastunach: to nie jest komedia ;)

To kino moralnego niepokoju, w którym system w końcu łamie jednostkę. Studium psychologiczne postaci, a właściwie jej upadku i jednocześnie komentarz społeczny. Pokusiłbym się także o pojęcie: kino psychicznego dyskomfortu. Są sceny, które naprawdę trudno się ogląda, przede wszystkim ze względu na schorzenie neurologiczne i sytuacje, które spotykają lub które prowokuje główny bohater.

Arthur Fleck, grany przez Joaquina Phoenixa, to cierpiący na problemy psychiczne, poturbowany przez życie samotnik. Na co dzień opiekuje się matką i próbuje związać koniec z końcem. Cierpi na ataki nagłego śmiechu, wywołane chorobą, ale mimo to marzy o tym, żeby zostać komikiem, jak jego idol Murray Franklin – gospodarz telewizyjnego programu rozrywkowego.

Dość powiedzieć, że droga Arthura do szczęścia nie jest usłana różami, a synonimem szczęścia jest w tym wypadku “szaleństwo”. Widzę tu echa znakomitego “Upadku” z Michaelem Douglasem z 1993 r., w którym to seria niefortunnych zdarzeń doprowadza zwykłego człowieka do desperacji i przemocy.

W “Jokerze” można też znaleźć wiele inspiracji obrazami Martina Scorsese z przełomu lat 70. i 80., a dokładniej z “Taksówkarza” i “Króla Komedii”. Stąd miejsce akcji to Nowy Jork z samego początku lat 80. Stąd obecność Roberta DeNiro w roli Murraya Franklina i całe sekwencje, które nie tyle stanowią kalkę, co reimaginację scen z Travisem Bicklem, bohaterem “Taksówkarza”.

Znając historię przedstawioną we wspomnianych klasykach Scorsese i czytając już tyle o “Jokerze”, w zasadzie rozkodowałem pierwszy i drugi akt. Nie zaskoczyły mnie, ale pozostawiły w pełni usatysfakcjonowanym. To trzeci akt filmu błyszczy najjaśniej. Rozwiązanie jest piekielnie dobre, a szereg kadrów z ostatnich minut filmu zapamiętam na zawsze. Staną się pewnie tak klasyczne, jak wejście Ledgerowskiego Jokera na przyjęcie w “The Dark Knight” i spokojnie można by prezentować je studentom, aby wytłumaczyć, czym jest język filmu, który nie wymaga słów.

Joaquin Phoenix jest… fenomenalny. Ale z drugiej strony, w zasadzie zawsze jest. Kto pamięta go z “The Master” Paula Thomasa Andersona czy “Her” Spike’a Jonze’a nie powinien być zaskoczony. A mimo to będzie. Tym, co Phoenix potrafi wyczyniać ze swoją twarzą. Tym, jak nienaturalnie, a jednak zgrabnie potrafi wygiąć swoje wychudzone ciało. Tym jak niekomfortowo możemy się poczuć, kiedy słyszymy jego śmiech/płacz. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest najlepszą kreacją Jokera w filmie, który spokojnie nie musiałby nawet opowiadać o tej postaci.

W zasadzie dorównuje mu Robert DeNiro, którego fantastycznie oglądać w roli, w której nie musi odgrywać mrukliwego dziadka. Widać, że studiował komików i gospodarzy programów telewizyjnych. Wnosi charyzmę, czar i humor tam, gdzie nie może tego zrobić Phoenix.

Zachwyca również muzyka. Prosta, z motywem przewodnim opartym na dwóch nutach, ale wzmagająca niepokój podobnie jak zachowanie głównego bohatera. Cały czas odtwarza się w mojej głowie. Do tego zdjęcia. Czasem jak u wczesnego Scorsese, czasem jak w “LaLaLand” u Chazella. 

Ale wrócę do krytyki filmu. Czy “Joker” jest toksyczny i może prowadzić do przemocy?

Odpowiem dwiema krótkimi historiami.

W 1982 r. John Hinckley Jr. podjął próbę zabójstwa prezydenta Ronalda Reagana. Miał obsesję na punkcie “Taksówkarza” Scorsese i upodobnił się do Travisa Bickle, granego przez Roberta DeNiro. Mówił, że chciał zabić Reagana, aby zaimponować Jodie Foster. Czy dziś uważamy “Taksówkarza” za film, który stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego? Czy po prostu myślimy o jednym szaleńcu, który znalazł ujście właśnie w historii Bickle’a?

Przeskoczmy do 2012 r. W mieście Aurora w stanie Kolorado doszło do strzelaniny podczas premierowego seansu “The Dark Knight Rises”. 12 osób zginęło, 70 zostało rannych. Pierwsze doniesienia sugerowały, że napastnik krzyczał “jestem Jokerem”, miał włosy zafarbowane na zielono i fioła na punkcie Batmana. Po kilku dniach okazało się, że jego włosy były zafarbowane na czerwono, fanem Batmana nie był i nie krzyczał, że jest Jokerem. Do tego aktu przemocy mogło dojść równie dobrze na premierze “The Avengers: Endgame” albo “Harry’ego Pottera”. 

To nie film tworzy zło. “Joker” to film o tym, co tworzy zło. O przemocy dosłownej i systemowej. O wykluczeniu i odrzuceniu. 

Zło nie bierze się z powietrza, jak w przypadku nolanowskiego Jokera, który był złem wcielonym, pojawiał się znikąd i po prostu chciał widzieć, jak płonie świat.

Ten Joker, w wersji Todda Philipsa, jest złem stworzonym, a my jesteśmy świadkami jego narodzin. I wcale nie chodzi o to, abyśmy mu współczuli. Chodzi o to, abyśmy go zrozumieli.

Jak powiedział sam Philips, odpierając słowa krytyki: “Mam nadzieję, że Joker wywoła dyskusję o skutkach przemocy i poniżeniu, jakiego doznają osoby cierpiące na choroby psychiczne. W filmach, w których bohaterowie nie mogą liczyć na empatię, świat dostaje takiego złoczyńcę, na jakiego zasługuje.”

Ja dodam: wcale nie tylko w filmach. O tym jest “Joker”. I o tym warto rozmawiać. Niech ten obraz będzie do tego pretekstem.

“Jokera” uważam za arcydzieło i trudno mi cokolwiek zarzucić temu filmowi. Może Wy będziecie w stanie w komentarzach.

 

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.