BREAKING BAD… i długo nic

czwartek, 10 października 2019
Share

O tym, dlaczego BREAKING BAD pozostaje najlepszym serialem i jak zmienił telewizję.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/30YztGW / Apple: https://apple.co/2BhqS7K

Listen to “BREAKING BAD… i długo nic ” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Para spodni unosi się powietrzu na tle krystalicznie błękitnego nieba i czerwonych skał pustyni. Chwilę później zostaje rozjechana przez rozpędzone RV. Cięcie. Mężczyzna w samych gaciach i masce przeciwgazowej kieruje samochodem. Obok niego siedzi drugi mężczyzna, nieprzytomny, również w masce przeciwgazowej. Kierowca odwraca się, aby spojrzeć na tył RV. Tam dwójka martwych ludzi przesuwa się w przód i w tył na podłodze samochodu, pośród rozbitego szkła i rozlanych substancji. RV zjeżdża z drogi i zatrzymuje się na kępie krzaków. Kierowca wybiega z samochodu, zdejmuje maskę i łapie oddech. Pospiesznie nagrywa kamerą wiadomość pożegnalną dla swojej rodziny. Wyciąga z gaci pistolet. I czeka na swój koniec, nasłuchując odgłosów policyjnych syren.

Oto sekwencja, która otwiera pierwszy odcinek “Breaking Bad”. Połączenie napięcia, absurdu, czarnej komedii i desperacji, która nadaje ton całej historii i poniekąd sygnalizuje sposób, w jaki się zakończy.

Niełatwo zrobić materiał o swoim ulubionym serialu, bo traci się dystans. Dlatego postanowiłem poprosić o pomoc moich kumpli po fachu, blogerów, których bardzo cenię: Kajetana z bloga Kusi na Kulturę i Marcina z Lektury Obowiązkowej, żeby złapali mnie za nogi, jeżeli za bardzo oderwę się od ziemi w swoim zachwycie nad “Breaking Bad”. 

I tu miejsce na ważny przypis. Są seriale wybitne. Seriale, które wypada znać. Wśród nich “Deadwood”, “The Wire”, “Mad Men”, “The Leftovers” i jeszcze kilka innych. Ale żaden z nich, w moim przekonaniu, nie przebił “Breaking Bad”. 

To jedyny serial, jaki znam, który zaczynał jako serial świetny, a następnie, przez kolejne 5 sezonów był coraz lepszy i lepszy. Zakończył się jako serial doskonały, niedościgniony, który na trwałe zmienił telewizję i zdefiniował obraz protagonisty, będącego jednocześnie antagonistą opowieści.

Dlatego tym materiałem składam hołd serialowi, który pozostaje wzorem i ma w moim mieszkaniu specjalną kapliczkę, obok kapliczek “Fallouta”, TOOLa, wszystkich albumów “Sandmana” autorstwa Neila Gaimana i książek Williama Gibsona.

Aha, i jeśli jakimś trafem nie oglądałeś bądź nie oglądałaś “Breaking Bad”… obejrzyj mój materiał, a następnie weź L4, wejdź na Netflix i nadrób to jeszcze przed premierą “El Camino”, oficjalnej filmowej kontynuacji serialu. “Breaking Bad” to serial, który powinien znać każdy.

Po pierwsze dlatego, że jego twórca, Vince Gilligan, nie bał się zrobić czegoś, czego wcześniejsze seriale unikały jak ognia: zburzyć status quo. Przez dekady, każdy odcinek, każdy sezon obojętne jakiego serialu miał domyślnie wbudowany przycisk magicznego resetu, który gwarantował, że wszystkie postaci i wątki bezpiecznie zawsze wrócą do punktu wyjścia. To była złota reguła telewizji. Moulder i Scully zawsze byli i będą agentami FBI. Dexter pozostawał nieuchwytny dla policji przez 7 sezonów. Przyjaciele zawsze byli przyjaciółmi. Dr House powtarzał w nieskończoność jeden schemat. Nawet Tony Soprano miał magiczną aurę, która chroniła go przed zmianami w formule serialu.

Ale nie Walter White i Jesse Pinkman. Ich podróż ma więcej wspólnego z drogą Michaela Corleone z “Ojca Chrzestnego” czy “Obywatelem Kanem” – ma początek i koniec, a nie jest zamknięta w pętli czasu, bo “a nuż stacja wyłoży pieniądze na kolejny sezon”. Nic nie jest pewne, wszystko jest zmienne. Bohaterów po prostu obowiązuje fabularna grawitacja. Co zostało rzucone w górę musi w końcu wrócić na ziemię, zupełnie jak te portki w pierwszej scenie serialu. Dlatego każda decyzja i każdy czyn niesie za sobą określoną reakcję – nawet jeśli z opóźnionym zapłonem. Jedno zabójstwo może uruchomić całą reakcję łańcuchową, a jedna książka pozostawiona w niewłaściwym miejscu zaprzepaścić wszystkie misternie układane plany.

Kto pamięta odcinek “Ozymandias”, jeden z ostatnich w serii i przez wielu uznawany za najbardziej emocjonującą godzinę w historii telewizji, ten wie, że tylko wywrócenie życia bohaterów do góry nogami i skonfrontowanie ich z konsekwencjami swoich decyzji pozwala historiom wrzucić piąty bieg.

Kolejna nowatorska rzecz, która łączy się z poprzednią, to wierność “Breaking Bad” motywowi przewodniemu, jakim jest przemiana. Zresztą, wyraża ją sam tytuł, który znaczy tyle, co “zwrócić się ku niemoralnej ścieżce” tudzież “zboczyć na drogę przestępczą”. (Właśnie wyczerpałem całą swoją manę na to tłumaczenie). 

Założenie Vince’a Gilligana było takie, że bierze potulnego i niepozornego nauczyciela chemii pod pięćdziesiątką i zmienia go w Tony’ego Montanę, “Scarface’a” – bezlitosnego przestępcę, który buduje narkotykowe imperium. I niezwykła jest konsekwencja w pogłębianiu tego konceptu, bez powtarzania się na przestrzeni serialu. Walter White i jego transformacja w Heisenberga jest kołem zamachowym całej historii, czy może dosadniej – supermasywną czarną dziurą w centrum galaktyki, która zakrzywia czasoprzestrzeń i wciąga wszystko w swojej okolicy. Reszta jest wtórna. To stąd tylko kilku bohaterów, z których perspektywy prezentuje się bieg zdarzeń i jedynie takie wątki, które łączą się bezpośrednio z tym głównym, czyli przemianą głównego bohatera. Dzięki temu jedna konkretna historia opowiedziana w kilkadziesiąt godzin rezonuje w widzu znacznie bardziej niż dziesiątki prowadzonych równolegle. Pozwala na niespieszny, pełen niuansów “setup” i emocjonujący do granic możliwości “payoff”. Tu oddaję głos Kajetanowi z bloga “Kusi na Kulturę”, który umieścił motyw przewodnik “Breaking Bad” w szerszym kontekście serialowym.

Wydaje mi się, że to właśnie historia upadku Waltera White’a nauczyła widzów współczesnych seriali pewnego rodzaju cierpliwości w kwestii oglądania ekranowych wydarzeń. W tamtym okresie w mainstreamie królowali ciągle “Zagubieni” i naśladowcy opierający swoją popularność na ciągłych zwrotach akcji, cliffhangerach i utrzymywaniu uwagi widza za sprawą takich właśnie niespodzianek. “Breaking Bad” wbiło się w ten porządek z siła buldożeru i pokazało, że napięcie można budować za sprawą o wiele wolniejszego, często wręcz ślimaczego tempa akcji. Tutaj warto chyba od razu zaznaczyć, że owszem, w tym samym czasie swoją popularność zdobywały inne telewizyjne snuje, choćby “Mad Men”. Jednak żaden z nich nie zdobył aż tak olbrzymiej popularności wśród tak szerokiej widowni.

Mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem – “Breaking Bad” jest jednocześnie serialem celebrującym spokojne przedstawianie akcji, smakowanie powolnych ujęć i narracyjnych nawiązań. Jednocześnie też jest produkcją wyjątkowo memogenną, świadomie wytwarzającą aurę kultowości. To umiejętne żonglowanie tymi dwoma różnymi od siebie stylami i światami jest jednym z czynników świadczących o geniuszu Vince’a Gilligana. Otwierając swoją powolną narrację na te wszystkie charakterystyczne dla humoru serialu zabiegi, sprawił że widzowie także stali się bardziej wyrozumiali dla niespiesznego tempa, co ułatwiło przecieranie szlaków innym specyficznym produkcjom. Oczywiście warto pamiętać o widzach, dla których twórcy “Breaking Bad” popadli w pewnym momencie w samozachwyt i zbyt cynicznie wykorzystywali sprawdzone zabiegi, przez co serial został sztucznie wydłużony. Mogą mieć nawet trochę racji, bo czasami rzeczywiście robiło się trochę za nudno. Ale to ten rodzaj nudy, która sama w sobie jest niezwykle ciekawa, więc ja osobiście nie zamierzam na nią narzekać. 

Tutaj już ja, Filip, pozwolę sobie dorzucić swoje 3 grosze. Rzeczywiście, niektórzy mogą mówić o dłużyznach, w szczególności w pierwszym sezonie i jego pierwszych kilku odcinkach. Ponadto, “Breaking Bad” zdarzały się odcinki, które nijak nie posuwały naprzód samej fabuły, a koncentrowały wyłącznie na pogłębieniu psychologii postaci, co stanowiło jeden z uroków tego serialu, a i tak zdarzały się rzadziej niż np. w “Deadwood” czy “Mad Men”.

Ale właśnie a propos psychologii bohaterów. To trzeci element, tuż po śmiałości w burzeniu status quo i wierności motywowi przewodniemu, któremu hołduję wracając pamięcią do tego wspaniałego serialu.

Gdyby ktoś powiedział mi: hej stary, obejrzyj ten serial, w którym chory na raka nauczyciel chemii gotuje metaamfetaminę z pomocą nieco przygłupiego ćpuna, jego byłego ucznia… to pewnie wolałbym oglądać zapętlony 6. sezon “LOST” na telefonie, jadąc starym PKP z Mielna do Zakopanego. Zimą. I bez ogrzewania. Bo na papierze ten zarys fabuły brzmi niedorzecznie. Ale wystarczy obejrzeć jeden odcinek, żeby zobaczyć bezprecedensową w popkulturze dynamikę między dwójką bohaterów, których dzieli wiek, intelekt, podejście do życia… w zasadzie wszystko. Kłócą się, biją się, straszą się. Celują do siebie z broni, chcą się pozabijać i są gotowi dla siebie zabić. To ambiwalentne, wielowymiarowe postaci, które oddychają, czują i ewoluują w toku serialu. Patrząc na nich na finiszu historii, po kilkudziesięciu godzinach przebywania w ich towarzystwie, wydają się nie do poznania. Jedynie prześwitują przez nich skrawki przeszłych wcieleń.

Ich motywacje są zrozumiałe, spójne, choć złożone. Walter White nie jest produktem nieludzkiej służby zdrowia w Ameryce i to nie rak ani troska o bezpieczeństwo rodziny jest tym, dlaczego robi to co robi – po prostu chce zbudować imperium, żeby zrekompensować sobie największy błąd swojego życia. Jesse Pinkman nie ćpa, bo lubi – ćpa, bo czuje się w życiu przegrany, a każde kolejne światełko w tunelu okazuje się kolejnym jadącym wprost na niego pociągiem. Skyler oczekuje od swojego męża prawdy, nawet jeżeli jest ona przerażająca. Hank chce za wszelką cenę dopaść Heisenberga i w przeciwieństwie do kolegów z wydziału, nie kupuje prostych teorii. 

I tutaj łyżka dziegciu od Marcina z bloga “Lektura Obowiązkowa”, któremu teraz oddaję głos.

Nie daje mi spokoju jedna rzecz. Bezsprzecznie mówimy o jednym z najlepszych seriali w historii telewizji. Rzadkiej produkcji, która z sezonu na sezon staje się coraz lepsza. Nie wypada mówić o niej źle I ja też nie mam takiego zamiaru. Chcę jednak zwrócić uwagę, że często rzeczy otoczone kultem odzieramy z ich prawdziwości. Tego, że są naznaczone ludzkimi błędami I mimo wszystko mają wady. Breaking Bad też je ma. Jakie? Choćby fakt, że jest to serial na wskroś seksistowski. Taki, w którym rola kobiet została sprowadzona do swego rodzaju narracyjnych mebli. Rekwizytów, których obecność to nic innego, jak kolejny element kształtujący głównych bohaterów, nie zaś samodzielny byt. Ani Skyler, ani Jane nie mają w toku fabuły żadnego punktu zaczepienia, który byłby oderwany od mężczyzn. Dodatkowo są fatalnie wręcz napisane. 

Muszę – ja jako Filip – dodać tutaj jedną rzecz. Oczywiście, jak tylko przeczytałem komentarz Marcina, włączyło mi się wyparcie. I mimo, że nadal nie do końca się zgadzam, uważając Skyler za dobrze napisaną i samodzielną postać, to wiem, że można było postaci kobiecie w “Breaking Bad” napisać lepiej. Czemu? Bo oglądam “Better Call Saul” – spin-off “Breaking Bad” autorstwa tego samego scenarzysty, Vince’a Gilligana, w którym postać Kim Wexler jest po prostu napisana lepiej i ma własny, w dużej mierze autonomiczny wątek fabularny. Być może Gilligan dojrzał jako scenarzysta, dochodząc do podobnego wniosku, co Tomek. A być może “Breaking Bad”, jak wspominałem, był opowieścią jednej postaci, wokół której inne musiały krążyć jak wokół czarnej dziury. Ale wracając do komentarza Marcina, który nie dotyczy tylko postaci kobiecych.

Wszyscy źli bohaterowie ostatecznie są niezwykle jednowymiarowi w tym całym swoim byciu złym. To oczywiście świetnie się ogląda, ale jako postacie nie są uformowani. Nie ma w nich elementów, które posiada choćby Walt, Saul czy w mojej opinii najlepsza postać serialu, Mike. Tymi elementami są choćby motywacje inne niż te, które są oczywiste. Wady, błędy w matrixie, które sprawiłyby, że postać jest jakoś tak… bardziej realna. To właśnie dzięki temu tak bardzo podoba nam się Walter czy Saul. Innym bohaterom tych elementów brakuje. 

Nie zmienia to oczywiście faktu, że BB to rewelacyjnie zestrojona maszyna. Serial, który nie bierze jeńców I długo pozostanie niedoścignionym wzorem. Jego wady, choć obecne, tego faktu nie zmienią. Może nawet dzięki nim BB się udało, bo przecież nie ma rzeczy idealnych.

No, Marcin, wiesz, ja Cię lubię, bo nawet jak plujesz mi na kapliczkę, to myślę, że to deszcz i zaraz wyjdzie tęcza. A tak serio. Zgadzam się. Walter, Jessie, Hank i Saul to bohaterowie, którym scenarzyści wyraźnie poświęcili więcej pracy niż postaciom żeńskim oraz złym charakterom. Jedyne wyjątki, które jednak potwierdzają regułę, to wspomniana Skyler i Gustavo Fring. 

To co jednak najważniejsze, jeśli chodzi o sztukę budowania postaci, to fakt, że do samego końca nie wiemy czy kibicować głównemu bohaterowi, czy życzyć mu śmierci. Czy jest protagonistą, czy antagonistą historii? Czy jest antybohaterem i czy możliwe jest jego odkupienie? 

Niby mamy słabość do niegrzecznych chłopców w popkulturze. Kręci nas Joker i Thanos. Kręci nas Gordon Gekko z “Wall Street”, który mówi, że “chciwość jest dobra” i Don Draper z “Mad Men”, który uwodzi każdą kobietę. Ale za rzadko próbujemy tych antybohaterów zrozumieć.

Dlatego tam, gdzie większość woli Waltera White’a w wydaniu “cool”, cytując jego klasyczne: “say my name” czy “I’m the danger. I am the one who knocks”, ja wolę padające w ostatnim odcinku: “I did it for myself”. Moment, w którym ten jeden jedyny raz Walter White przestaje kłamać i manipulować. Obnaża swoją słabość i egoizm. To ten moment, którego nie da się zamknąć w żadnym memie. Tak jak całego “Breaking Bad”… w przeciwieństwie do “Gry o Tron”. Sorry, musiałem.

O czym już nie napiszę, ale pozwolę sobie na honorową wzmiankę?

O wybitnych kreacjach i aktorstwie Bryana Cranstona i Aarona Paula. Cranston trzy razy z rzędu wygrywał nagrodę Emmy za swoją rolę Waltera White’a. Paul zdobył tę statuetkę dwukrotnie za rolę drugoplanową Jessiego, choć nominowany był pięciokrotnie, czyli co sezon. Dla mnie jest to najlepsza i najbardziej nietypowa para bohaterów w historii popkultury, dynamiczne duo aktorów, którzy wyraźnie wzajemnie inspirowali się na planie, wynosząc swoje umiejętności na wyżyny. W ich przypadku 1+1 dawało 11.

Honorowa wzmianka o postaciach drugoplanowych Saula, Mike’a i Gusa Fringa. Mogę tylko powtórzyć: poza “Breaking Bad” polecam również “Better Call Saul”, której to trójce właśnie poświęcony jest ten spin-off.

Honorowa wzmianka o muzyce i motywie głównym, który otwierał serial i który już zawsze będzie wywoływać banana na mojej twarzy, kiedy tylko usłyszę ten bas.

O scenerii Nowego Meksyku, zdjęciach i pustynnej atmosferze, która wydaje się całkowicie niekonwencjonalnym miejscem do opowiedzenia jakiejkolwiek historii, która nie jest westernem. (A “Breaking Bad” z westernów czerpał tyleż odważnie, co subtelnie).

Honorowa wzmianka o niezwykłych, łamiących schemat i tempo eksperymentalnych odcinkach, takich jak “4 Days Out” w drugim sezonie, którego akcja toczy się na pustyni w RV z rozładowanym akumulatorem. Jak “Fly” w trzecim sezonie, którego akcja – podobnie – rozgrywa się w całości w zamkniętym od wewnątrz laboratorium. Czy przedostatni odcinek, dojmujący “Isolation”. Tymi eksperymentami “Breaking Bad”, gdzieś niezależnie od odjazdów Davida Lyncha, wyznaczało nowe sposoby opowiadania historii w telewizji, która nie jest ograniczona czasowo, a nie musi jednocześnie dreptać fabularnie w miejscu.

No i oczywiście masa scen, które zapamiętam na lata. Aby nie spoilować tym z Was, którzy nie widzieli serii, będę mówił szybko i hasłowo. Tytułowa jedna, końcowa minuta na parkingu przed centrum handlowym w odcinku “One Minute”. Scena z Jane, po której aktor Bryan Cranston płakał przez 15 minut nie mogąc dojść do siebie. Sekwencja na farmie z Tuco Salamancą. Zemsta Gustavo Fringa i zemsta Hectora Salamanki. Najtrudniejsza decyzja Jessiego Pinkmana. Rzut pizzą w dal. Scena na kiblu. Obrabowanie pociągu. Facet od odkurzaczy. Cały “Ozymandias”. I ostatnie spotkanie.

Ehhh… Tyle wspomnień. Coś pięknego. Nie mogę doczekać się ”El Camino”, które już zaraz ukaże się na Netflix i którego recenzji wyczekujcie jeszcze w tym tygodniu. I cały czas śledzę, oglądam i wspieram “Better Call Saul”, które wypracowało swój własny, niepowtarzalny, inny od pierwowzoru styl. 

Serdeczne dzięki dla moich kumpli, Marcina Tomaszewskiego i Kajetana Kusiny za wartościowe komentarze do tego odcinka. Ich blogi – Kusi na Kulturę i Lektura Obowiązkowa, – cholernie Wam polecam.

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.