“Watchmen”, czyli o ludziach w maskach i ich traumach

niedziela, 22 grudnia 2019
Share

"Watchmen" od HBO to "remiks" oryginału. Wykorzystuje znane motywy i postacie, uwspółcześniając historię. Rozlicza Amerykę z jej lękami i traumami. I zasługuje na tytuł serialu roku.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2rb6kfa / Apple: https://apple.co/2P9lNox

Listen to “”Watchmen”, czyli o ludziach w maskach i ich traumach” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Wiedziałem, że “Watchmen” będzie serialem znakomitym, bo stał za nim właściwy człowiek. Nie wiedziałem natomiast, że będzie fenomenalny i że wdrapie się na szczyt mojej listy najlepszych produkcji tego roku.

Mam nadzieję, że wiecie – jeżeli cenicie popkulturę – że w latach ‘86-’87 pewien ekscentryczny mag i literacki geniusz Alan Moore stworzył wraz rysownikiem Davidem Gibbonsem arcydzieło, które na zawsze zmieniło komiks i świat superbohaterów. “Watchmen” było dziewięcioczęściową mini-serią, która dokonała ostatecznej dekonstrukcji amerykańskich mitów o Batmanie i Supermanie, mimo, iż nawet po te postaci nie sięgnęła. Moore opowiedział nam o tym, jak my, jako społeczeństwo, reagowalibyśmy na samozwańczych przebierańców i jak oni reagowaliby na nas. Uczłowieczył i skomplikował bohaterów, którzy w innych komiksach wydawnictwa DC byli przewidywalni i odrealnieni. Rorschach to Batman, który nie jest przystojnym miliarderem i nie potrafi dostrzec kolorów poza czernią i bielą. Owl Man przeżywa kryzys wieku średniego, cierpiąc na impotencję. Comedian jest sadystą i gwałcicielem. Ozymandias cierpi na kompleks boga, a Dr Manhattan de facto jest bogiem, który popada w apatię i kwestionuje sens własnej egzystencji.

Serię symbolizowała poplamiona krwią przypinka z uśmiechnięta buźką, co stanowiło pewnego rodzaju manifest Alana Moore’a: koniec z infantylnym spojrzeniem na superbohaterów jako nieskazitelnych wybrańców i na społeczeństwo, które stanowi jedynie tło dla ich wybryków. Pora porozmawiać o “superheroes” jak dorośli.

Ktokolwiek z Was nie czytał jeszcze “Watchmen” powinien to nadrobić. Jest na YT dostępny pięciogodzinny motion comic z lektorem, który można potraktować jako audiobook. To najlepsza adaptacja tego dzieła, bo z pewnością nie jest nią film Zacka Snydera.

W każdym razie. Alan Moore z czasem odciął się od wydawnictwa DC i “Watchmen”, nie chcąc mieć z tą serią nic wspólnego. (Poprosił nawet o usunięcie jego nazwiska z komiksu i wszystkich adaptacji). A szkoda, bo Damon Lindelof, twórca i scenarzysta tegorocznego serialu, stworzył dzieło, które zachowuje ducha oryginału, a przy tym potrafi powiedzieć coś nowego i równie ciekawego.

Pierwsze brawa za to, że Lindelof odrobił pracę domową. Nie tylko przyswoił treść noweli Moore’a i Gibbonsa, on ją wyraźnie rozumie i darzy wielkim szacunkiem. Nie boi się zaprezentować wielkiej cholernej ośmiornicy zrzuconej na Nowy Jork, przed czym wzdrygał się Zack Snyder. Kontynuuje dialogi, które pozostały otwarte w komiksie. Rozwija bohaterów, takich jak Laurie Juspeczyk (teraz właściwie Blake, po przyjęciu nazwiska ojca), Ozymandias i Dr Manhattan. Wie, jacy byli 35 lat temu, teraz albo pokazuje ich odmienionych, albo pozwala im ewoluować na naszych oczach, albo… utwierdzić się w swojej doskonałej niedoskonałości (pozdrowienia dla Ozymandiasa).

Mamy więc adaptację, która jest jednocześnie kontynuacją. Damon Lindelof użył słowa “remiks”. Wykorzystał motywy znane z pierwowzoru, uwspółcześnił historię i wprowadził do niej nowych bohaterów nie rezygnując z oryginalnych.

I za to kolejne głośne brawa dla Lindelofa. Jego wizja alternatywnej Ameryki to wizja, której… Amerykanie panicznie się boją. Biali ekstremiści noszą maski inspirowane Rorschachem i drogą terroru walczą o czystość białej rasy. Policjanci także ukrywają swoją tożsamość pod maskami z obawy przed życiem własnym i swoich bliskich. Kontekst społeczny jest skomplikowany i nierozerwalnie związany z działalnością przebierańców po każdej stronie. My staramy się zrozumieć co nimi kieruje i co chcą osiągnąć. I czy doprowadzi to do zagłady, o której nie pozwala zapomnieć ciągle przywoływany zegar, który zawsze stanowił w “Watchmen” miecz Damoklesa.

Historia skonstruowana jest szkatułkowo. Niemal każdy odcinek to jakaś opowieść w opowieści. Trzecie owacje na stojąco dla Lindelofa za to z jaką zegarmistrzowską precyzją zbudował swoją opowieść. Jest zamknięta i logiczna. Może dezorientować i często robi to specjalnie, ale regularnie daje do zrozumienia, że wszystko jest pod kontrolą twórcy. Nic nie powstało przypadkiem. Zupełnie jak w “The Leftovers” – poprzednim serialu Damona Lindelofa, osobiście jednym z moich ulubionych. 

Ostatnie, największe oklaski należą się za motyw główny serii. “Watchmen”, tak samo jak “The Leftovers”, jest historią o traumach i tragediach oraz o tym w jaki sposób sobie z nimi radzimy. 

Serial otwiera wstrząsająca sekwencja prezentująca wydarzenia w Tulsie w Oklahomie w 1921 r., kiedy biali mieszkańcy dokonali największej w historii Stanów masakry na czarnoskórych za to, że im się ekonomicznie powodziło. To wydarzenie wywołuje zbiorową traumę, którą mieszkańcy miasta noszą w sobie przez cały wiek. Rodzi też indywidualne, rodzinne tragedie, które skłaniają niektórych do założenia maski.

1971 r. Dr Manhattan w pojedynkę wygrywa dla Amerykanów wojnę w Wietnamie. Wietnamczycy są tak wstrząśnięci, że czynią z Dr Manhattana swojego boga. Rodzi to również akty terroru, które wywołują kolejne tragedie i… pchają kolejne osoby do założenia maski, żeby znaleźć ujście dla swojego gniewu.

1985 r. Wydarzenia znane z oryginalnych “Watchmen”. W Nowym Jorku ląduje olbrzymia ośmiornica, giną 3 mln ludzi. Cały kraj zostaje straumatyzowany, niektórzy do dziś cierpią na PTSD, uczęszczają na terapie grupowe. Niespodzianka. Część z nich sięga po maski.

Ekstremiści w Tulsie mordują kilkudziesięciu policjantów wraz z ich rodzinami podczas tzw. “Białej nocy”, czego efektem jest nakaz zakrywania twarzy funkcjonariuszy pod maską.

Nawet wszechpotężny dr Manhattan bezustannie przeżywa tragedię, która w jego percepcji czasu nastąpi dopiero w przyszłości. I również nosi maskę.

W “Watchmen” tragedia napędza przemoc, a ta rodzi kolejne tragedie. Ta spirala nie ma końca. Ci którzy noszą maski i posługują się przemocą, robią to dlatego, że nie potrafią inaczej poradzić sobie ze swoją traumą.

To niezwykłe, że postać, która zapoczątkowała ten trend, która pierwsza założyła kostium, aby przepracować osobiste tragedie, wypowiada najważniejsze w tym serialu słowa: rany nie goją się pod maską – one potrzebują oddychać.

To naprawdę mocny przekaz, kiedy już pozna się całą historię.

Jeszcze kilka braw. Za fenomenalna muzykę Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Nigdy podczas seansu nie zwracałem tak uwagi na ścieżkę dźwiękową, jak podczas oglądania “Watchmen”. I jeszcze nie widziałem, aby tak wspaniale podkreślała montaż. Ten soundtrack to mistrzostwo, ale to przecież Reznor.

Brawa za kapitalne aktorstwo i aż trójkę kluczowych z perspektywy historii czarnoskórych bohaterów, którzy nie są Czarną Panterą. I za jedną z najlepszych godzin telewizji w moim życiu, czyli odcinek 8: “A god walks into Abar”.

“Watchmen”, proszę państwa. Nic już chyba tego nie zmieni – w moim odczuciu serial roku. Musicie obejrzeć, od początku do końca. Może wydawać się trudny, może być zbyt dziwaczny. Może nieco pretensjonalny. Ale Lindelofowi zaufajcie, bo wszystko w tej kompozycji jest na właściwym miejscu. Nawet jeśli nie ze wszystkim się zgadzamy.

Alan Moore byłby dumny, gdyby tylko zechciał obejrzeć.

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.