Serialowy „Wiedźmin” to popis przeciętności

niedziela, 22 grudnia 2019
Share

Netflix dał nam “Wiedźmina”, który chciałby być jak Mandalorianin, ale utknął gdzieś pomiędzy “Herkulesem” a finałowym sezonem “Gry o Tron”. Nie wykorzystał potencjału książek i świata przedstawionego, zawalił scenariuszowo i dał się skroić pod format telewizji kablowej.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2rb6kfa

Listen to “Serialowy „Wiedźmin” to popis przeciętności / Recenzja” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Kilka miesięcy temu, kiedy ukazał się pierwszy teaser trailer netfliksowego “Wiedźmina”, powiedziałem, że wydaje się… nijaki. Teraz, po obejrzeniu całego pierwszego sezonu, mogę to powtórzyć. Serial okazał się dokładnie taki, jak się zapowiadał. Nie jest oryginalny, nie jest wciągający, nie jest zniuansowany ani zaskakujący. Jest boleśnie sztampowy, pozbawiony ambicji, bez charakteru i… ogólnie niezły. Ale chyba nie tego się spodziewamy po przygodach Geralta.

Więc kilka refleksji z których sklecę tę recenzję. Co mi podeszło? Na pewno sam Geralt i kreacja Henry’ego Cavilla. Cholera, co za miłe zaskoczenie. Aktor wypadł w tej roli kapitalnie. Jest charakterystycznie ospały podczas zwykłych ludzkich interakcji, sączy słowa i to dokładnie głosem growego Geralta z wersji anglojęzycznej. Zawsze jest najbardziej powściągliwą osobą w scenie, dzięki temu kiedy już na kogoś ryknie, można odskoczyć od ekranu. Podobnie, kiedy chwyta za oręż. Siecze tak, jak Wiedźmin powinien siekać. Szybko, brutalnie i efektywnie. Stąd druga rzecz, dla której oglądałem ten serial poza Geraltem: sceny walki, a właściwie choreografia. W zasadzie każda scena polowania na potwory i walki była tym, czym mógłby żyć ten serial. 

Patrząc bardziej generalnie, mocno podobały mi się odcinki 5 i 6, które wydawały się być skonstruowane jak questy: a to poskromić dżinna, a to ubić smoka, ale za każdym razem odebrać jakąś lekcję w stylu wiedźmińskim. Udany był też odcinek premierowy i finałowy. Znacznie gorzej wypada druga połowa, czyli odcinki 2, 3, 4 i 7.

No to teraz o tym co zawodzi. Najbardziej? Nie sądziłem, że to napiszę, ale konstrukcja fabularna. Serial buduje inną chronologię niż książki, chociaż je adaptuje. Efekt jest katastrofalny. Przez większość czasu nie miałem pojęcia co właściwie dzieje się na ekranie oraz czy jest to przeszłość, czy teraźniejszość. Dosłownie: traci się poczucie fikcyjnej rzeczywistości, bo twórcom nie chciało się jakkolwiek zakomunikować – czy to czarnymi kaszetami, czy specjalnymi filtrami, czy prostym podpisem – że coś jest retrospekcją. Oglądałem śmierć kilku postaci w pierwszym odcinku, po czym oglądałem je ponownie w kolejnych. Czyli miałem jakkolwiek poczuć ich śmierć nie znając ich kompletnie (w czym miał mi pomóc przesłodzony melodramatyzm), a następnie poznawać je wtedy, kiedy już się z nimi pożegnałem. To czysty, scenariopisarski idiotyzm. Podobnie jak opowiadanie trzech historii jednocześnie: Ciri, Yennefer i Geralta, spośród których ta ostatnia jest ciekawa, ta druga przeciętna, a historię Ciri po prostu przewijałem. Mamy zatem – szczególnie w tych gorszych odcinkach – serial o dwóch bohaterkach z gościnnym udziałem Geralta, przy czym te historie aż do samego końca się ze sobą nie łączą. I to jeszcze większy scenariopisarski blamaż: brakuje wyraźnego celu, który uzasadniałby istnienie aż trzech wątków fabularnych. Jedyne spoiwo, to powtarzane w kółko: “Geralt, dziewczyna w lesie jest twoim przeznaczeniem”. “Ale Geralt, pamiętaj – przeznaczenie”. “Ty, Geralt, wiesz… dziewczyna w lesie”. “Geralt. No siema. Przeznaczenie. Dziewczyna. Pamiętasz?”. Klepane jest to w kółko i aż do samego końca nic z tego nie wynika. Jak można w 8 godzin powiedzieć tak dużo, jednocześnie mówiąc tak mało? 

Mówiłem o konstrukcji. Sama historia i świat przedstawiony też nie przekłada się zbyt zgrabnie na ekran. Brakuje polotu, brakuje jakiejś myśli przewodniej i brakuje tego wszystkiego, co czyniło opowiadania Sapkowskiego wyjątkowymi: zniuansowania. Za wszelka cenę nie chce się zmuszać widza do myślenia, wszystko jest dosłowne i dopychane nam do głowy łopatą. Próżno tu szukać ciekawych odniesień do współczesnych problemów gospodarczo-społecznych czy historii Europy. Rasizm, nierówności społeczne, instrumentalne wykorzystanie władzy i religii, lawirowanie w złożonej politycznej układance… to nie tutaj moi drodzy.
A z kolei całej tej złożoności świata stworzonego przez Sapkowskiego serial nie próbuje nam nawet wytłumaczyć – rzuca widza na głęboką wodę, mnożąc postaci, rody, państwa, potwory, magiczne szkoły, przedmioty. I każdy z nich ma chwilę czasu ekranowego, bez większego znaczenia dla istoty opowieści.

Postaci są jak NPCe ze słabej komputerowej gry RPG. Zawsze mówią kim są, jakie jest ich zadanie i… najczęściej po chwili znikają. Czy to królowie, czy to najemnicy, czy to smoki, czy Triss Merigold. Są po prostu dekoracją z kilkoma słabymi kwestiami dialogowymi. Bo to, co wychodzi z ust bohaterów to ruletka. Czasem ma sens, czasem trochę mniej, ale generalnie jest to pisarstwo nie za wysokich lotów. Razi też wspomniany wcześniej melodramatyzm, jakaś taka egzaltacja w każdym wypowiadanym słowie.

I gra aktorska. Cavill jest super. Anya Chalotra grająca Yennefer wypada dobrze, choć nie rozumiem dlaczego twórcy aż siedmiokrotnie musieli pokazać mi jej cycki. Dobrze napisana i dobrze zagrana postać poradzi sobie w ubraniu, serio. Freya Allan jako Ciri wypada słabo, podobnie jak większość aktorów drugoplanowych, którzy recytują swoje kwestie jakby występowali w szkolnym teatrzyku. (To ta wspomniana egzaltacja). Nie ma naturalności, jest jakoś sztucznie. Jakby te kostiumy, które noszą ciągle szeptały każdej komórce ich ciała, że przecież to zabawa a nie inteligentne fantasy dla dorosłych.

Aha. I Jaskier. Szkoda mi aktora. Nie byłem w stanie zdzierżyć tej postaci. Kretyński humor, irytujące piosenki. I zbędna postać.

Jakość produkcji jest nierówna. Niektóre efekty CGI wypadają dobrze, niektóre przywodziły mi na myśl “Herkulesa” z Kevinem Sorbo z lat 90. I Jaskier na pewno w tym pomagał. Kostiumy – przemilczę. Scenografia – nieodkrywcza. Lepiej robi się w odcinku 5 i 6, gdzie rzeczywiście pojawia się trochę otwartej przestrzeni, a nawet jakiś fajny zameczek. Muzyka jest OK, ale nie myślałem o niej podczas seansu.

No cóż… po prostu dostaliśmy “Wiedźmina”, który chciał być jak Mandalorianin, ale utknął gdzieś pomiędzy “Herkulesem” a finałowym sezonem “Gry o Tron”. Nie wykorzystał potencjału książek i świata przedstawionego, zawalił scenariuszowo i dał się skroić pod format telewizji kablowej. Szkoda, szczególnie, kiedy obejrzy się fenomenalne “The Watchmen”, któremu poświęciłem swój ostatni materiał, czy równie wybitny ostatni sezon “Mr Robot”.

Polecam wymienić ekipę producencką i scenarzystów z myślą o kontynuacji “Wiedźmina”. Chyba, że “takie sobie” to standard, w który rzeczywiście celowali i chcą celować nadal. Jeśli tak to wiadomo, dlaczego od początku nie powinni mieć do tej adaptacji dostępu – bo rozumieją materiał źródłowy gorzej od odtwórcy głównej roli.

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.