Upadek “Gry o Tron” i finał, którego nie było
Co dokładnie zawiodło w ostatnim sezonie "Gry o Tron"? Wszystkie głupie decyzje scenarzystów rozkładam na czynniki pierwsze i mówię, jak mogłoby to wyglądać inaczej.
🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe
Spotify: https://spoti.fi/2WzINmi / Apple: https://apple.co/2KX9RFO
Listen to “Upadek "Gry o Tron" i finał, którego nie było” on Spreaker.
📰 Wersja tekstowa
Dobra, pora przełknąć tę pigułę.
Dwa miesiące temu opublikowałem swój najpopularniejszy esej na Bez/Schematu: Dlaczego tak łatwo tracimy głowę dla Gry o Tron?
Dzisiaj powinienem opublikować materiał: dlaczego scenarzyści nie stracili głowy na etapie produkcji 8. sezonu Gry o Tron? Dlaczego producenci z HBO na etapie postprodukcji nie spojrzeli na te 6 odcinków i nie powiedzieli: panowie, coś tu się chyba popusło? Odsuwamy Was od tematu. Poprosimy George’a R.R. Martina o dodatkowe konsultacje i dokręcimy już bez Was 4 dodatkowe odcinki. To co jest przerobimy. Da się to uratować.
Niestety, tak się nie stało.
Największy, najbardziej majestatyczny pociąg świata, któremu wszyscy kibicowali podczas jego spektakularnego tournee wokół globu wykoleił się na ostatniej prostej i rozbił w samym środku miasta. Okazało się, że był wypełniony po brzegi szambem, które zalało wszystkie ulice, ludzi, florę i faunę. I z miejsca wywołało epidemię cholery. I na koniec z tego wraku i z tego szamba wyłonił się jeszcze pan konduktor, robiąc radosne: ta-da! Jak gdyby to był dobrze zaplanowany performens artystyczny.
To mniej więcej to, jak skończył ten serial.
O jakości finałowego sezonu “Game of Thrones” dobrze świadczy podstrona serialu na portalu Rotten Tomatoes, który agreguje opinie profesjonalnych krytyków. Pierwszy odcinek ma 92% pozytywnych recenzji. Przedostatni i ostatni kolejno 48 i 49%. Dosłownie każdy kolejny odcinek i ich oceny zdradzają rosnącą świadomość, że zbliża się nieuchronny kataklizm i symbolizują jakieś takie stopniowe godzenie się z tym faktem. Tak też było w moim przypadku.
Sezon 7. miał kilka poważnych scenariuszowych potknięć i idiotyzmów. Sezon 8. został zbudowany wyłącznie na nich. Więc dzisiaj autopsja tego trupa. Podzieliłem ten materiał na dwie części.
W pierwszej powiem o tym, co dokładnie zawiodło. I to będą cztery kategorie błędów.
- Po pierwsze, naczelny błąd wykonawczy, tj. jedna fatalna decyzja, która uruchomiła efekt domina.
- Dalej: całkowite wypaczenie w tym sezonie tego, co czyniło prozę G.R.R. Martina wyjątkową i “Grę o Tron”… “Grą o Tron”.
- Po trzecie: drobne kretynizmy scenariuszowe, które regularnie dostarczał każdy kolejny odcinek w ilości wykraczającej ponad akceptowalną normę.
- I wreszcie: 3 duże wybory scenariuszowe, które ostatecznie zabiły tę wspaniałą historię na ostatniej prostej przede wszystkim w oczach oddanych fanów.
I kiedy już wyrzucę to wszystko ze swojego systemu, przejdę do drugiej, być może ciekawszej, części tego materiału. Powiem Wam, co ja bym zrobił, żeby zakończenie serialu było przynajmniej godne zakończenia książkowego, które, tylko przypomnę, jeszcze przed nami.
Upadek
Jedna zła decyzja
Zacznę od najważniejszego.
Otóż “Gra o Tron” mogła mieć 10 sezonów. To była propozycja i jednocześnie życzenie HBO. To scenarzyści, czy jak wolą się nazywać – showrunnerzy, czyli David B. Weiss i David Benioff podjęli decyzję, że historię opowiedzą w 8 sezonach. I jeszcze odejmą 4 odcinki z 8. i 3 odcinki z 7. Bo czemu nie.
Zatem dostaliśmy 73 odcinki, choć mogliśmy mieć ich 100. Decyzja panów D&D doprowadziła do “wyjęcia” z historii 27 godzin.
Czujni fani psioczyli na tę decyzję jeszcze przed premierą finalnego sezonu, ale chyba nikt nie przypuszczał, jak bardzo ostatecznie wpłynie ona na jakość historii.
Stąd rażące skróty fabularne, stąd teleportacje w świecie Westeros, stąd te przeskoki o dni, tygodnie, a nawet miesiące w ciągu minuty czasu ekranowego.
Stąd te spłaszczone psychologicznie postaci i ich niewytłumaczalne zmiany w ich motywacjach, o czym więcej zaraz.
Pospieszne rozwiązywanie albo kompletne ignorowanie otwartych wątków… To wszystko rezultat tej jednej idiotycznej decyzji dwóch scenarzystów, którzy za późno zorientowali się, że dali sobie zbyt mało odcinków na zamknięcie tak złożonej, wielowarstwowej historii.
Mogliśmy mieć 10 sezonów, a historia miałaby swój finał w 2020 roku, bo przypomnę, że na sezon 8. czekaliśmy 2 lata. Więc w oryginalnym planie HBO, dziś kończylibyśmy przygodę z sezonem 9. To wszystko było wykonalne. To skąd ten pośpiech?
Otóż D.B. Weiss i David Benioff otrzymali od Disneya propozycję napisania nowej serii filmów ze świata “Star Wars”. I najpewniej tak bardzo byli tym zachwyceni, że zdecydowali się szybciej zakończyć projekt, którym po prostu byli już zmęczeni i odfajkować finał “Gry o Tron”, zamiast rzeczywiście go dobrze napisać.
I dziś mają tupet twierdzić, że od samego początku seria była przez nich rozpisana na 73 odcinki. Nie mam nic dodania. Poza tym, że był to kardynalny błąd i odniosę się do niego jeszcze w dalszej części, kiedy pobudzę Waszą wyobraźnię i powiem, jak MOGŁO to wyglądać.
Reguły narracji do kosza
Dobra. Druga rzecz, która zabiła “Grę o Tron” to fakt, że scenarzyści D&D nie tylko musieli radzić sobie bez materiału źródłowego G.R.R. Martina od mniej więcej szóstego sezonu, bo Martin nie dotarł jeszcze ze swoimi książkami do punktu, w którym znajdował się serial, ale wręcz otwarcie zrezygnowali z najważniejszych reguł pisarskich, które stosuje autor. Dokładnie tych, które opisałem w swoim odcinku o tym, co zachwyca nas (czy raczej: zachwycało nas) w “Grze o Tron”.
Jak na ironię – to są zabiegi, których G.R.R. Martin otwarcie się wystrzega i wielokrotnie publicznie podkreślał, że jego książkowa saga została zbudowana tak, aby ich nie stosować. A panowie D&D w ostatnich dwóch sezonach “Gry o Tron” wydają się robić mu na złość.
Stosują tzw. plot armor, czyli magiczne, niewidzialne zbroje, które chronią wybranych bohaterów przed śmiercią. I jednocześnie nadużywają faked out deaths, czyli tworzą iluzję, że o już już, postać umarła, ale… ale jednak nie. Jednak tylko nam się zdawało.
Zaczęło się w pamiętnym przedostatnim odcinku 7. sezonu, w którym to dzielna siódemka wyrusza za Mur niepotrzebnie narażając swoje życia. Umiera 10 jakichś bezimiennych, przypadkowych postaci i Thoros z Myr. Reszta ma się świetnie, włącznie z Jonem, który wpadł pod lód, stanął sam na sam przed armią nieumarłych, został uratowany przez wujka Benjena, a następnie dojechał zamarznięty na koniu z powrotem na Mur.
Zresztą, Jon umarł tylko raz, a potem cudem udawało mu się przeżyć w różnych sytuacjach jakieś kilkadziesiąt razy. Zawsze cudem. W zasadzie, nie miał nic innego do roboty w całym finałowym sezonie, jak tylko nie tracić życia po raz drugi.
Arya w odcinku poprzedzającym finał zostaje w King’s Landing trzykrotnie albo czterokrotnie przywalona zawalającymi sie budynkami i za każdym razem wstaje, otrzepuje się i idzie dalej.
Ale bez dwóch zdań ten problem magicznej zbroi i udawanych zgonów najlepiej/najgorzej demonstruje Bitwa o Winterfell, gdzie Samwell Tarly, którego trudno byłoby nazwać najwybitniejszym szermierzem w Westeros, leży na ziemi pożerany i dźgany przez umarłych na stosie ciał, błaga przechodzącego obok Jona o pomoc i po upływie kwadransu okazuje się, że udało mu się przetrwać. Walcząc z hordą nieumarłych na leżąco. Przez kwadrans. Podobnie Jamiemu, Brianne i Podrickowi, którzy byli przyparci przez armię nieumarłych do ściany. Moje pytanie brzmi: po co w ogóle stawiać bohaterów w takiej pozycji? Jeśli mają przeżyć, to przestańce udawać, że coś im grozi, bo ten trik bardzo szybko traci swoją magię, a rzadko kiedy ma jakikolwiek urok.
Kolejna klisza, której nie znosi Martin to postaci, które są sztampowo złe. Tzn. chcą zniszczyć świat tak samo, jak małe dziecko chce sobie popłakać. Po prostu.
I dokładnie tym okazał się Nocny Król i w ostateczności Daenerys. Za ich złem nie stała żadna motywacja. Nocny Król nie chciał osiągnąć niczego, poza zniszczeniem wszystkich i wszystkiego. O tym za chwilę. Daenerys wymordowała setki tysięcy ludzi bez celu, nie umiejąc tego sensownie wyjaśnić. I o tym także za chwilę. Kiedy zło traci jakiekolwiek uzasadnienie, staje się banalne.
W przeszłości nawet taki Ramsay Snow skórował ludzi w zgodzie z herbem rodu swojego rodu, bo jako bękart chciał być bardziej Boltonem niż jego własny ojciec. Joffrey był zły, bo mógł. Bo był królem i nikt poza wujkiem nie mówił mu “nie”. Dlaczego nagle dwie znacznie ważniejsze fabularnie postaci nie mają jakiejkolwiek podbudowy psychologicznej dla decyzji, które podejmują czy nawet ich cel istnienia sprowadza się do bezmyślnej destrukcji?
Czego jeszcze nie znosi i stara się nie nadużywać G.R.R. Martin? Deux ex machina, czyli niezwykłych, nieprawdopodobnych interwencji sił wyższych, które pomagają rozwiązać akcję w sposób nagły. Najczęściej po myśli tych dobrych bohaterów.
Więc mamy Aryę zabijająca Nocnego Króla jakimś niewytłumaczalnym super skokiem znikąd, w miejscu, w którym stoi najwięcej White Walkers w jednym kadrze w historii całej serii. A to jak zwinni i spostrzegawczy są Biali Jeźdźcy zostało zademontrowane widzom już wielokrotnie w przeszłości. Ale nikt z nich nie dostrzega Aryi. Ona po prostu… nie wiem, wylatuje z innego wymiaru, używa jakiegoś portalu, żeby zabić Nocnego Króla i tym samym całą jego armię. To jest podręcznikowa ilustracja tego czym jest deus ex machina.
Mało? Najgłupsza scena w historii całego serialu. Euron Gryjoy, który wynurza się z morza dokładnie w tym samym miejscu i dokładnie w tym samym momencie, w którym obok przechodzi Jamie Lannister. Czemu? Bo przecież musi sobie chwilę z nim powalczyć. Czemu? Bo przecież rywalizowali o kobietę i jakoś tak od początku się nie lubili. I tak zaczyna się najbardziej antyklimatyczna scena w historii “Gry o Tron”, która ponadto psuje odbiór odbywającej się w tym samym momencie rzezi King’s Landing.
A wujku Benjenie pojawiającym się we właściwym momencie, by ocalić Jona za Murem w 7. sezonie wspomniałem jeszcze mówiąc o plot armor, więc jak widzicie, te środki i zabiegi można z powodzeniem ze sobą łączyć dla jeszcze lepszego efektu narracyjnego.
Czwarta rzecz, której nie cierpi Martin to rozmywanie przekazu i głównej myśli dzieła, która w przypadku jego powieści brzmiała:
kto bierze udział w grze o tron, albo wygrywa albo ginie – Varys powiedział do Neda Starka. Ten nie umiał grać i zapłacił za to głową. Jego synowi Robbowi szło nieco lepiej, ale też zapłacił głową za jeden wydawałoby się nieznaczny błąd – nie dotrzymanie danego słowa Walderowi Freyowi i zniewagę honoru jego domu.
A Jon? Jon Snow jest synem swojego przybranego ojca i przegrywał konsekwentnie. Cały czas. Podejmował stale złe decyzje, z których ratowały go kobiety. Sansa, Arya, Daenerys. Mówił to, czego nie powinien. Nie mówił tego, co powinien. Biegł i jechał wtedy, kiedy powinien zostać w miejscu i stał w miejscu, kiedy powinien był zareagować.
Co dostał w zamian? Tytuł króla północy. Na koniec pozycję przywódcy Dzikich, de facto nowego Króla za Murem. Życiem zapłacił za to tylko raz i – uwaga – właśnie wtedy, kiedy zapisał tę śmierć sam Martin.
Inny przykład złamania głównej zasady “Gry o tron”? Martin i wielu fanów wielokrotnie podkreślało, że ciekawie byłoby zobaczyć na Żelaznym Tronie Littlefingera, który przecież nie wywodzi się z żadnego rodu. Misją swojego życia uczynił być najlepszym graczem w polityczne klocki w całym Westeros. I przez większość czasu wychodzi na tym znakomicie. W zasadzie nie popełnia błędów, zaciera wszelkie ślady – to taki Frank Underwood.
A kto zostaje nowym królem Westeros? Półprzytomny czarodziej Bran Stark, który nigdy nie chciał być królem, ba, nawet nie chce już być człowiekiem.
Więc o ile G.R.R. Martin mówił: każda podejmowana przez bohaterów decyzja będzie mieć jakieś konsekwencje, bo gra o tron to gra o najwyższą stawkę. O tyle David Benioff i D.B. Weiss na koniec powiedzieli po prostu: miej wyjebane, a będzie ci dane
No i pięć, po prostu brak spójności i logiki w narracji, na którą Martin nigdy sobie nie pozwala, prowadząc skrzętne notatki, mapy powiązań, a nawet konsultacje z innymi autorami, aby czegokolwiek niepotrzebnie nie uprościć czy nie wpaść w dziurę fabularną.
A panowie D&D?
Jeźdźcy Dothraki. Najpierw wszyscy zostali wysłani na pewną śmierć pod Winterfell, a następnie w kolejnych odcinkach okazało się, że przynajmniej kilkuset z nich wzięło w Winterfell chorobowe
Niesławna scena śmierci smoka Rheagala. Najpierw Deanerys, jak powiedział sam David Benioff, jakoś tak zapomniała o flocie Eurona. Potem jakoś tak tej floty lecąc na smoku z góry nie dostrzegła. A następnie 3 strzały pod rząd trafiają Rheagala i kilkanaście kolejnych nie trafia Drogona. Mało? Te prawa fizyki naprawdę zmieniały się z odcina na odcinek, bo w finale Drogona nie jest w stanie trafić nawet kilkadziesiąt balist – na statkach, na murach… Po Daenerys byław ogóle armia, skoro jednym smokiem była w stanie zniszczyć całą armię i całe miasto?
I Ayra, o mój boże, Arya. Fani przewidywali, że skoro jest konkretna przepowiednia i to ona miała zabić nocnego króla, zabije jeszcze pewnie zielonooką Cersei a może nawet i Daenerys, która w serialu ma zielone oczy, nie filoetowe jak wszyscy Targaryenowie w ksiażkach. Odcinek poprzedzający finał, wydaje się, że idzie po Cersei. Ale nie, Sandor Clegane mówi: dziewczynko, odpuść. Na co Arya: dobrze, dziękuję Sandorze. I… nic. Nie ma NIC do zrobienia, poza bycia przywaloną kolejnym rozpadającymi się budynkami. I wreszcie finał. Pojawia się znikąd, jak Batman, obok Jona i mówi: trzeba załatwić tę całą Daenerys. Jon: m’kay. I… nic. Znowu nie robi absolutnie nic. Okazuje się, że twórcy nie mieli na nią żadnego, najmniejszego pomysłu bo zakończeniu Bitwy o Winterfell. Po prostu rzucali ją z miejsca na miejsce, nie dokonali żadnego zasadniczego rozwoju, przełomu w motywacji tej postaci, a jednocześnie zmarnowali szansę na wykorzystanie jej niezwykłe umiejętności kradzieży twarzy zmarłych. Co za marnotrawstwo, za głupota, brak konsekwencji i… po prostu strata czasu ekranowego.
Zwroty i rozwiązania
I takich drobnych scenariuszowych kretynizmów jest więcej i myślę, że dostrzegła je większość widzów, podobnie jak nagłą zmianę reguł tego świata i tej historii: nadużywanie plot armors, dei ex machina, szoku dla samego szoku, zła dla samego zła… To są dysonanse, których po kilkudziesięciu godzinach słuchania konkretnej muzyki po prostu nie da się nie usłyszeć. To jak słuchanie przez 8 lat zespołu Tool, który słynie ze złożonej, inteligentnej muzyki i perfekcjonizmu w podejściu do wszystkiego – koncertów, projektów okładek płyt, teledysków. I nagle, po 8 latach, Tool zaczyna grać prostego stadionowego rocka, a jego wokalista Maynard Keenan na domiar złego niemiłosiernie zaczął fałszować na koncertach. Nie trzeba być fanem Toola, żeby usłyszeć, że muzyka jest prostacka, a wokalista nie umie śpiewać. I tak nie trzeba być miłośnikiem prozy Martina albo krytykiem popkultury, żeby zobaczyć, że “Gra o Tron” straciła na jakości, a scenarzyści są po prostu nieudolni.
Ale to nawet nie to zabiło “Grę o Tron” w oczach fanów takich jak ja. Czyli tych którzy czytali również książkową sagę “A Song of Ice and Fire”.
Nie. To, co sprawia, że… kiedy myślę o tym serialu i nie potrafię imeć już dobrych z nim skojarzeń skojarzeń, to 3 konkretne rzeczy, które David Benioff i David Weiss w ostatnim sezonie zrobili tak źle, że rzucają one retrospektywnie wielki cień na wszystko co nastąpiło wcześniej. I naprawdę jest to to wielkie i rzadkie osiągnięcie.
Te 3 rzeczy to rozwiązanie wątków Nocnego Króla, Daenerys i Brana.
Zacznijmy od rozwiązanie wątku Nocnego Króla i całej nieskończonej hordy nieumarłych, które nastąpiło… w jednym odcinku, podczas bitwy o Winterfell.
Tylko przypomnę. Pierwsza scena pierwszego odcinka “Gry o Tron” pokazuje tajemnicze zagrożenie za Murem w postaci White Walkers i wskrzeszanych przez nich nieumarłych. To pierwsza scena, a zatem coś co serial pokazuje z intencją: nigdy nie zapomnij, jakie zagrożenie czyha w tym świecie.
Następnie każda nawet najdrobniejsza bitwa z armią nieumarłych kończy się porażającą klęską żywych. Bitwa w Hardhorne w 6. sezonie, wcześniej klęska jakiej doznaje Nocna Straż za murem w 3. sezonie. W 7. sezonie Daenerys traci smoka, bo Nocny Król jednym rzutem oszczepem sprowadza go na ziemię, a potem wskrzesza jako swoją maskotkę.
Każda późniejsza wzmianka buduje wrażenie, że nadchodzi zagłada i po to też powstaje najgłupszy w 7. sezonie plan porwania jednego nieumarłego, aby przekonać królową Cersei do dołączenia do sojuszu żywych. Koalicji, która ma stawić czoła nieopisanej grozie mogącej zmienić Westeros w lodową krainę bez życia.
Jest mowa o The Great War. Wielkiej Wojnie. Jest mowa o The Long Night, czyli Długiej Nocy, będącej echem zimy trwającej dekady z przeszłości, kiedy to Biali Jeźdzcy dokonali inwazji i pokonał ich legendarny bohater Azor Ahai.
I co?
I Wielka Bitwa i Długa Noc trwa dokładnie 75 minut i zamyka się w jednej, powtarzam, JEDNEJ bitwie. Nocny Król, którego nawet nie ma w książkach – jest wymysłem scenarzystów – do którego zagrania zatrudniono Vladimira Furdika, profesjonalnego szermierza, nawet nie ma szansy wyciągnąć swojego ostrza!
Zostaje po prostu, znienacka i z powietrza unicestwiony przez Aryę razem z całą swoją armią.
Nie poznajemy nigdy jego motywacji. Okazuje się być jedynie… złem stereotypowym złem, które istnieje po to, aby niszczyć.
Po wszystkich tych fascynujących teoriach, które zakładały, że Nocnym Królem jest tak naprawdę Bran, który cofnął się w czasie zbyt daleko i utknął w świadomości Nocnego Króla, dostajemy obraz zła wcielonego i bezzasadnego, które po prostu chciało niszczyć. Ale zostało zniszczone przez pewną dziewczynkę, która wyskoczyła z portalu z innego wymiaru.
Zaraz. A co z tymi wszystkimi dziwnymi symbolami, które pozostawiali po sobie White Walkers, używając do tego ciał zmarłych? Co z synami Crastera, który oddawał noworodki Białym Jeźdźcom, a Nocny Król zmieniał je na swoje podobieństwo? Co z tymi wszystkimi wątkami?
I dlaczego Nocny Król chciał zabić właśnie Brana, Trójoką Wronę, będącą skumulowaną wiedzą i pamięcią Westeros, jeżeli… Trójoka Wrona żyła przez lata w izolacji i nigdy się z ludzkością żadną wiedzą nie dzieliła! W jaki sposób miałoby to zniszczyć cywilizację, skoro i tak istniała dzięki historii spisywanej przez maestrów, legendom, podaniom, pieśniom, obyczajom… boże, to po prostu nie ma sensu.
Co. Za. Marnotrawstwo. Nocny Król okazał się być po prostu Czerwonym Śledziem, czyli Red Herring. To pojęcie używane w scenariopisarstwie jako celowe odwrócenie uwagi odbiorcy. Tylko jeśli tak, to po co poświęcać tyle czasu i tyle uwagi wszystkim elementom, które w poprzednich sezonach budowały tę grozę i tajemniczość? Nikt mi nie wmówi, że tak właśnie miało być, bo to po prostu wyłamanie się z żelaznych reguł tej powieści.
Kolejny punkt zwrotny w scenariuszu, który zabił tę historię to zmiana Daenerys w kobiecego Hitlera dysponującego odpowiednikiem bomby atomowej w postaci smoka na przestrzeni… dwóch odcinków.
Teraz, chcę, żeby to było jasne. Sam pomysł, aby uczynić Daenerys postacią złą, czy przynajmniej – dobrą inaczej – jest moim zdaniem świetny. I wiem, że jest to pomysł G.R.R. Martina. Rozumiem intencję, że Daenerys miała zostać zaprezentowana jako zdobywczyni, która za bardzo uwierzyła w przepowiednie i swoją świętą rolę wyzwolicielki. Przestała odróżniać dobro od zła. Nie stała się szalona, po prostu nigdy nie nadawała się na władczynię.
Tylko, żeby coś takiego sprzedać czytelnikowi czy widzowi, musi to być autentyczne, uzasadnione i oparte na jakiejś logice wyborów tej postaci, jej gestów i deklaracji.
W serialu przez 7,5 sezonu widzieliśmy lewicującą, wrażliwą społecznie kobietę królewskiego pochodzenia, która została sprzedana w niewolę, a następnie samodzielnie zbudowała potęgę militarną.
Była niezwykle wrażliwa na krzywdę szarego człowieka. Wyzwalała całe narody, czym zasłużyła sobie na tytuł “Matki”. Bywała okrutna, ale tylko wobec zdrajców i wrogów – jak zresztą wszyscy przywódcy w świecie Westeros, wymieniając tylko Tywina Lannistera czy Stannisa Baratheona. Umiała słuchać swoich doradców, czasem niepotrzebnie, i co chyba najważniejsze nie chciała iść w ślady szalonego ojca. Nawet w 7. sezonie mówi: nie będę używać smoków, aby zająć King’s Landing. Nie przyjechałam tu po to, aby zostać Królową Popiołów.
I nagle, pod wpływem poczucia odrzucenia, straty przyjaciółki i jednego smoka, w ułamku sekundy decyduje się wymordować kilkaset tysięcy niewinnych ludzi. Kobieta, która w 5. sezonie postanowiła zamknąć w lochu swoje smoki, kiedy tylko pojawiło się podejrzenie, że zabiły małą dziewczynkę, teraz obraca w popiół ludność całego miasta, tuż po tym, jak się ono poddało.
A w finałowym odcinku uzasadnia to tym, że mieszkańcy miasta stali na jej drodze do Cersei, ponieważ ta użyła ich jako żywej tarczy.
Na boga, przecież Daenerys latała na smoku. Wystarczyło, że podleci wystarczająco blisko, powie “dracarys” i dokona zemsty. Zamiast tego postanowiła latać z lewej na prawą i metodycznie mordować wszystko co żyje (i stoi, bo zniszczyłą także swoją infrastrukturę gospodarczą, sanitarną, administracyjną etc.), powalając Cersei uciec. No… prawie.
Kompletnie bez uzasadnienia, “Matka” zwykłego ludu, postanawia użyć na nim bomby atomowej tuż po tym, kiedy druga strona złożyła broń. A przecież chwilę wcześniej ocaliła tych ludzi przed inwazją nieumarłych, poświęcając w tym celu większość swojej armii!
Pamiętam, jak na koniec 6. sezonu Cersei dokonała najbardziej ludobójczego aktu w całym serialu. Wysadziła sept pełen niewinnych ludzi, ale zrobiła to dlatego, że czuła się osaczona. W sepcie miała odbyć się jej rozprawa sądowa, a ona sama miała być pozbawiona władzy, jeśli nie życia. Zatem miała wyraźną motywację, aby posunąć się do tak makabrycznego kroku. Można to zrozumieć.
Daenerys za to wyrżnęła blisko milion ludzi bez powodu. I w przeciwieństwie do Cersei nigdy nie była postrzegana jako pozbawiona empatii, zaślepiona żądzami królowa – wręcz przeciwnie.
Twórcy chcą, żebyśmy uwierzyli, że w serialu były wskazówki w jej zachowaniach, które doprowadzą do takiego rezultatu. Ale to tak nie działa. Nie można obrócić postaci o 180 stopni w dwóch scenach i w kilkadziesiąt minut, jeżeli przez kilkadziesiąt godzin budowało się na naszych oczach obraz zupełnie innej osoby.
Jeśli ktoś nie wie jak taka zmiana w zachowaniu postaci powinna wyglądać, niech obejrzy serial Barry, który jak na ironię był wyświetlany tuż po każdym odcinku GoT na hbo i widzowie chwalili w nim wszystko to, co twórcy GoT spieprzyli. Niech obejrzy finał drugiego sezonu, w którym zmiana w głównym bohaterze zwiastowana jest przez wizje z przeszłości, wzbierającą w nim emocjonalną falę i potrzeba tylko właściwego impulsu, by coś w nim pękło. Daenerys nie dostała od twórców nawet takiego impulsu, chyba, że był nim zawód związany z kapitulacją miasta.
To nie Jon zdradził Dany, tylko scenarzyści. Na ostatniej prostej zrobili z ciekawej bohaterki antagonistę gorszego niż Nocny Król. Przebolałem lobotomię Tyriona, Davosa, Varysa i Jona, którzy nie mieli w tym sezonie do wypowiedzenia jednej dobrej kwestii dialogowej. W zasadzie nie mieli nic do zrobienia poza ostatnią przemową Tyriona. Ale strzał w plecy Daenerys jest po prostu fabularnym oszustwem. Jeżeli ktokolwiek mógł okazać się złem gorszym od Nocnego Króla, to tylko Bran.
I tu właśnie przechodzę do ostatniego gwoździa wbitego w tę trumnę.
Żebym niczego nie pominął i nie przeinaczył. Bran Stark, zwący siebie Trójoką Wroną. Istota transcendentna, która widzi wszystko w przeszłości i być może wiele w przyszłości, która nie jest już w zasadzie człowiekiem. Która nie ma w sobie oznak empatii. Która większość czasu przebywa w innych stanach świadomości.
Postać, która kilka odcinków wcześniej wyrzekła się własnego człowieczeństwa i wszelkich tytułów, mówiąc: nie jestem już Branem. Jestem trójoką wroną i w związku z tym nie będę żadnym lordem, ani nikim więcej.
…zostaje wybrany na króla.
O, ale nie tak po prostu. Zostaje wybrany na króla po tym jak proponuje to więzień Tyrion, stający przed zgromadzeniem księciów i lordów: słuchajcie, chłopak może nie chce żeby nazywać go Branem, może jest magiczną jaźnią stworzoną przez dzieci lasu jako Trójoka Wrona. Może nie wiadomo co robi i gdzie jest przez większość czasu. Może nie powiedział nam, że Daenerys zabije kilkaset tysięcy ludzi, ale… miał całkiem ciekawą historię. Więc… hopsa na tron, nie żyje Braniec Połamaniec!
Na co reszta władców i lordów: mkej
I sam Bran, który wyrzekł się wszelkich tytułów: mkej, Przecież po co przebyłem te całą drogę?
Królem został czarodziej, który nazywa się trojkola wrona, a jego pierwszym dekretem, jako nowego króla jest przyznanie niepodległości królestwu swojej siostry, Sansy, na co reszta książąt po prostu patrzy ze zrozumieniem i bez słowa sprzeciwu, nie oczekując tego samego dla siebie. Oto co pozostało z “Gry o Tron”.
Wiecie co nastąpiłoby w książce Martina w takim momencie? Ktoś natychmiast zerwałby obrady, może wypowiedział wojnę… cokolwiek. Bo to real politik, a nie kurwa Szczyt G8 i Porozumienie Paryskie.
Wzlot, czyli jak mogło być?
No dobrze, zatem: to jak mogło być? Jak w alternatywnej rzeczywistości wygląda “Gra o Tron”, która kończyłaby się tak dobrze jak zaczęła. A może nawet lepiej?
Po pierwsze, pozostałbym przy 10 sezonach. I dobrze te pozostałe 30h wykorzystał, bo załóżmy, że w mojej wersji wszystko to, co wydarzyło się w pierwszych 7 sezonach pozostaje bez zmian. Nawet ta idiotyczna wyprawa 7 wspaniałych po jednego nieumarłego za murem. Mówię tylko o tym, co zrobiłbym od ósmego sezonu.
A ten poświęciłbym wyłącznie Wielkiej Wojnie i Długiej Nocy. Czekaliśmy na Zimę, czyli na Zagładę, a ta musi nastąpić i jej skutki powinny wybrzmieć.
Bitwa pod Winterfell kończy się rozbiciem armii Daenerys i Jona i śmiercią wielu bohaterów, jak Brianne, Jamie, Sandor Clegane, Jorah Mormont, Samwell Tarly (jednak nie dał sobie rady z 30 nieumarłymi leżąc na ziemi). I to byłby dopiero początek najbardziej brutalnej wojny jaką widziało Westeros. 6 kolejnych odcinków to desperackie próby utrzymania kolejnych twierdz, wojna partyzancka, problemy z zaopatrzeniem, głód, choroby, rosnące poczucie beznadziei egzystencji. Może nawet dołączenie do wojny Cersei. Dopiero wówczas Bran wykorzystałby swoje umiejętności, aby zastawić pułapkę na Nocnego Króla. Doszłoby do krótkiej walki Jona z Nocnym Królem, bo jednak po coś były te ich wcześniejsze spotkania, ale tylko po to, aby dać Aryi szansę na zadanie ostatecznego ciosu. Także mierć Nocnego Króla i jego armii byłaby końcem Długiej Nocy i 8. sezonu.
9. sezon koncentrowałby się w całości na Ostatniej Wojnie. Resztki armii Daenerys i Północy, wbrew zdrowemu rozsądkowi i pod wpływem obsesji Daenerys, ruszyłyby na King’s Landing. W sensie: wszyscy dookoła: Tyrion, Vary, Jon, Sansa mówią – chryste, wystarczy. Ledwie świat przeżył Wielką Wojnę, daj se Danka siana z tą koroną. Załóż jakieś termy na północy, otwórz biznes, odpocznij i może coś się zorganizuje.
Ale nie. Wyczerpana Daenerys i tak rozpoczyna oblężenie Królewskiej Przystani, które trwałoby kilka odcinków. Niełatwe sojusze, wątpliwości natury moralnej, jak próby przemówienia Tyriona i Varysa do rozsądku Daenerys, aby odstąpić od wojny, zawiesić broń i oszczędzić wycieńczonemu królestwu dalszego rozlewu krwi powinny pokazać narastającą niecierpliwość Dany. I to, że nie nadaje się na władcę, a jest z natury zdobywcą. I to też wtedy powinny zacząć wychodzić na jaw pierwsze niepokojące impulsy Daenerys, która sprowokowana przez Cersei ostatecznie doprowadziłaby do rzezi mieszkańców. Ale to byłby rezultat zmiany, która stopniowo zachodziła w bohaterce pod wpływem wielu czynników. Nadmiernej wiary w przeznaczenie, konfrontacji z przebiegłą i nie ustępującą Cersei. Może nawet zdania sobie sprawy, że brakuje jej cech dobrego władcy.
Zniszczenie King’s Landing prowadzi do zdrady Jona i do śmierci Daenerys. Przystałbym nawet na wybór Brana na króla Westeros… o czym za chwilę.
Czyli 9. Sezon zakończyłbym dokładnie tak, jak finał GoT jaki znamy.
A sezon 10.? No właśnie.
Przeskakujemy kilka lat naprzód. Bran zostaje władcą absolutnym. Wszystko to zostało przez niego zaplanowane, a wydarzenia w sezonie 9. były rezultatem jego mniejszych i większych machinacji, które miały doprowadzić go do tronu. Jest kolektywną jaźnią Dzieci Lasu, która próbuje zrobić dokładnie to, o czym mówiła Daenerys: zaprowadza nowy porządek.
Odnalazł Drogona i przejął nad nim kontrolę, dysponując najgroźniejszą bronią świata. Potrafi inwigilować każdą pojedynczą osobę w Westeros, jest jak Charles Xavier z X-Men tylko do sześcianu.
Prowadzi militarną ekspansję podbijając większość Essos i nowe, dotąd nieodkryte kontynenty. Nikt nie jest w stanie go obalić, bo jest w stanie przewidzieć każdy spisek. “Gra o Tron” mówiła już co się stanie, jeśli władzę będzie mieć szaleniec lub ignorant. Ale nigdy co będzie, jeśli dzierżyć ją będzie nadczłowiek.
Dlatego Tyrion znajduje się w identycznej sytuacji jak wcześniej Varys. Wiedząc co go czeka, dokonuje zdrady i przekazuje kluczową informację Królowej Północy, Sansie, samemu płacąc za to życiem. Kluczową informacją jest to, jak można powstrzymać Brana. I jest to… Nocny Król. Dopiero wówczas wychodzi na jaw, że JEDYNE czego chciał Nocny Król, to powstrzymać Trójoką Wronę. Nie chodziło o wymordowanie wszystkiego co żyje, od początku chodziło o Brana, który stał się Trójoką Wroną i przekroczył Mur. Słowem, Dzieci Lasu dostały się do świata ludzi i przejęły kontrolę nad Westeros. Nocny Król był systemem bezpieczeństwa, który miał temu zapobiec.
Nie pytajcie mnie o szczegóły, komponuję na szybko.
Więc. Sansa łączy siły z nowym Królem za Murem, czyli swoim przyrodnim bratem Jonem i Aryą, która jest już wysokolevelowym zabójcą-odkrywcą i przywozi z nieznanych lądów artefakt, który może pomóc pokonać Brana i zatrzymać jego ekspansję. I w to też Arya za bardzo wierzy, zaślepiona swoją przepowiednią. Sądzi, że ostatnia para oczu, które ma zamknąć to właśnie jej brat – bo to przecież takie poetyckie. Nope. Nie w mojej wersji. Artefakt nie przynosi żadnego rezultatu, bo wystarczy już tych dei ex machina. A Arya traci życie, bo ślepo wierzyła w magiczną moc przepowiedni. Proszę bardzo, tak się to robi.
Dlatego Sansa robi co może, aby zbudować koalicję polityczną przeciw Branowi, Jon decyduje się poddać rytuałowi i zostaje nowym Nocnym Królem. To ostatecznie pozwala pokonać potężnego cesarza, a historia zatacza koło. Koalicja obaliła monarchę. Za Mur trafia nowy Nocny Król, czyli Jon. A wydarzenia prowadzą do rozbicia dzielnicowego Westeros i politycznie niepewnej przyszłości, co można zwiastować podatność kontynentu na inwazję z bardziej zaawansowanego technicznie i kulturowo Zachodu, z którego przybyła Arya. Koniec.
Oto prawdziwie słodko-gorzkie zakończenie, które nam obiecywano, które łączy i rozwiązuje wątki, a jednocześnie nie rezygnuje z podłoża politycznego historii.
Ale to tylko moje skromne fan fiction napisane w pociągu w drodze z Krakowa do Łodzi bez dostępu do internetu. Jeżeli Wam się podoba – świetnie, to znaczy, że powinniście subskrybować Bez/Schematu. Jeśli nie, tym bardziej, bo może w końcu trafię w Wasze gusta.
Jakaś lekcja
Każda katastrofa powinna być jakąś lekcją. Chyba, że była tak wielka, że zabiła wszystkich uczniów i nauczycieli. W tym wypadku nauczycielami byli scenarzyści D&D, którzy już pofrunęli rozpieprzyć kolejną wielką markę, czyli Star Wars. Więc wyszli z tego nie tylko cało, ale z worami pieniędzy.
Ja sam dla siebie, czy też dla Was, jeśli widzicie w tych przemyśleniach jakąś wartość, mam kilka wniosków.
Na pewno model, w którym pisarz współpracuje ze scenarzystą przy adaptacji jego książki jest optymalny. Dlatego właśnie tak doskonale wyszły pierwsze 4 sezony “Gry o Tron”. Kiedy kończy się materiał źródłowy do adaptacji, to jest to problem. Tym większy, jeśli jest to twórczość kogoś tak sprawnego w opowiadaniu historii jak Martin. I jeszcze tym większy, jeżeli próbuje to robić dwóch idiotów.
I to kolejny wniosek. Pewnie, można nie być dobrym pisarzem. Można nie mieć tej wrażliwości co Martin, takiego pióra, wyobraźni i przywiązania do detali. Ale na boga, można chociaż solidnie wykonywać swoją robotę.
To znaczy dbać o to, aby nie zmieniać reguł świata, który otrzymało się już ukształtowanym, ani reguł opowiadania historii, która jest bliżej końca niż początku.
Nie zmieniać bezzasadnie charakteru bohaterów albo nie pozbawiać ich kompletnie osobowości w trakcie trwania historii, bo odbiorcy już ich znają i zauważą, jeśli spróbuje się ich oszukać.
Sprawdzić dwa razy, czy to, co się napisało w scenariuszu ma sens w kontekście tego, co nastąpiło przeszłości, czyli prowadzić jakiś rejestr zdarzeń, troszczyć się o logikę narracji. Może nawet konsultować to z innymi. Na boga, przecież tych idiotów była dwójka – powinni nawzajem korygować swoje błędy, a nie potęgować głupotę.
I wreszcie. Jeżeli wytwórnia Cię lubi, ma do ciebie zaufanie i chce dać ci dużo pieniędzy, żeby opowiedzieć dłuższą historię, to zastanów się dobrze, zanim powiesz “nie, nie, nie trzeba. My to ogarniemy, można nawet skrócić te sezony, które już mamy zaplanowane”. Naprawdę. Zastanów się dobrze, tym bardziej, jeśli jedyne co masz to pogniecione notatki, na których spisywałeś pomysły George’a R.R. Martina na zakończenie sagi podczas suto zakrapianej domówki.
Te powyższe zasady stosują się w szczególności w przypadku przygotowywania finalnego sezonu najbardziej popularnego serialu świata adaptującego serię książek fantasy mających status kultu dla wielomilionego fandomu, czekającego na ich rozwiązanie od ponad 20 lat.
Bo okazuje się, że pewne rzeczy można spieprzyć tak bardzo, że nawet to, co wcześniej było dobre przestaje się bronić. To tak, jakby kopnąć kogoś w dupę tak mocno, że straci w niej czucie w przeszłości. W sensie, ten kopniak będzie tak potężny, że złamie czasoprzestrzeń i doprowadzi do sparaliżuję zadek ofiary, kiedy jeszcze była dzieckiem.
Ale nieważne. To co jest ważne to to, że my wszyscy, jak i sam Martin miał wgląd w wersję przyszłości, której można uniknąć. Zakończenie sagi wciąż może być tym prawdziwym, tym właściwym i mam nadzieję, że autor wie, czego nie powinien robić i co powinien zrobić tym bardziej.
—
To tyle. Na pewno macie masę ciekawych przemyśleń i chętnie je poznam.A jeśli szanujecie Bez/Schematu, to okażcie to to wspierając mnie paroma groszami na Patronite. W zamian możecie spodziewać się więcej różnorodnych dobrości w specjalnej grupie VIP i na maila. I tym osobom, które już mnie wspierają, bardzo dziękuję. To naprawdę robi różnicę.
https://patronite.pl/BezSchematu