Czarne i białe kłamstwa “Czarnobyla”
Jaka jest cena kłamstw? Na to pytanie odpowiada serial "Czarnobyl", ale samemu podchodzi do prawdy dość... swobodnie. Kilka słów o tym, gdzie przebiega granica między czarnym i białym kłamstwem.
🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe
Spotify: https://spoti.fi/2BefYzA / Apple: https://apple.co/31lYLyE
Listen to “Czarne i białe kłamstwa "Czarnobyla"” on Spreaker.
📰 Wersja tekstowa
“Żyjemy w czasach, w których ludzie godzą się z faktem, że to co chcemy, aby było prawdą jest ważniejsze od tego, co rzeczywiście jest prawdą”. Te słowa wypowiedziane w jednych z wywiadów przez Craiga Mazina, scenarzystę serialu “Czarnobyl”, mają duże znaczenie. Ale nie tylko w kontekście historii tragedii z 1986 r., którą opowiedział w pięciu odcinkach dla stacji HBO. Także w kontekście tego, w jaki sposób zdecydował się tę historię opowiedzieć.
Mianowicie, Mazinowi tak bardzo zależało na ukazaniu kłamstw Związku Sowieckiego, że sam celowo posłużył się… no cóż, ujmijmy to delikatnie: faktami alternatywnymi. Ubarwił i udramatyzował prawdziwe wydarzenia tak, jak miała w zwyczaju robić to propaganda radziecka. I to prawdziwa ironia.
Teraz, zanim uznacie to za potwarz dla znakomitego serialu, dajcie mi szansę. Bez/Schematu powstało po to, aby spojrzeć popkulturę z nieoczywistej perspektywy. Szukać w nich esencji, idei. A to, jak rozumiemy kłamstwo i w jakim celu go używamy, robi wielką różnicę.
Są czarne kłamstwa. I są białe kłamstwa.
Zacznijmy od tych pierwszych. O kłamstwach wokół tragedii w Czarnobylu zapisanych w historii. Bo to właśnie o nich jest serial. Teraz, maleńki wtręt. Jeżeli nie oglądaliście serialu i boicie się spoilerów w tym odcinku, to nie przerywajcie. Zespoilować serial “Czernobyl” to jak zespoilować, że “Titanic” nie będzie miał kontynuacji. Więc miejmy to za sobą. Tak, w 1986 r. w Czarnobylu na Ukrainie, a właściwie w Związku Radzieckim, doszło do awarii w elektrowni jądrowej, która doprowadziła do eksplozji reaktora, a w efekcie do napromieniowania, ewakuacji i desperackiej walki o zahamowanie dalszych szkód dla obywateli i środowiska – nie tylko na Wschodzie, ale dla całej Europy. O tym właśnie jest serial i nie spodziewajcie się wielkiego zwrotu akcji, w którym Kapitan Marvel rzuca się własnym ciałem na rdzeń reaktora i w cudowny sposób zapobiega tragedii.
Ale to nie film Marvela. To bardziej dramat historyczny, mocno fabularyzowany dokument, czy jak ja wolę specyficzny monster movie – horror, w którym rolę potwora przyjmuje państwo sowieckie.
Oczywiście, mamy ludzkie historie i wiele różnych perspektyw jednego zdarzenia, ukazanych przez point of view characters, czyli postaci z których oczu śledzimy rozwój akcji.
Ale to nie oni są głównym bohaterem i zarazem antagonistą – jest nim właśnie system sowiecki. Powiedziałem, że to on jest potworem w tym horrorze historycznym. I ten potwór ma swoją formę. Jest wyrzuconym na brzeg, gnijącym masywnym lewiatanem, który na naszych oczach rozpada się i ropieje niczym rany napromieniowanych przez reaktor jądrowy strażaków.
To była metafora organizmu państwowego, który jest ucieleśnieniem kłamstwa i ułudy. Czarnobyl jest tylko skondensowaniem patologii tego systemu. Stąd główna myśl serialu zostaje wyrażona w słowach jednego z protagonistów, rzeczywistej postaci prof. Walerija Legasowa: “what is the cost of lies?” Jaką cenę płacimy za kłamstwa?
Dlatego scenarzysta Craig Mazin prezentuje w “Czarnobylu” różne rodzaje kłamstwa.
Mamy kłamstwo ciche, przyziemne i powszechne, jak machnięcie ręką na fakt, że detektor promieniowania, którym dysponują pracownicy elektrowni ma limit 3,7 rentgenów. A zatem nie może pokazać więcej. Toteż wszyscy aparatczycy i służbiści przekonują, że 3,7 rentgena to żadna tragedia, choć w rzeczywistości jest to kilka tysięcy razy więcej.
Dla kontrastu mamy kłamstwo głośne i wielkie, wyrażone w słowach oficjela Borysa Szczerbiny: oficjalne stanowisko komitetu jest takie, że katastrofa nuklearna w ZSRR jest niemożliwa. Władza bojąc się kompromitacji oszukuje Europę i własnych obywateli narażając niepotrzebnie ich życie.
I jest też typ kłamstwa łączący powyższe. Kłamstwo ciche, ale wielkie. Głęboko systemowe. Jak wadliwa konstrukcja mechanizmu obsługi reaktora, bo było to tańsze w produkcji. Kłamstwo, które może w efekcie prowadzić do kolejnych, podobnych tragedii.
Ale największe, najgorsze i najdłużej podtrzymywane kłamstwo o którym mówi serial “Czarnobyl”, a które dla nas, Polaków, powinno być szczególnie znajome, jest takie, że system sowieci w ogóle działał. Że ludzie mieszkający za żelazną kurtyną żyli w dostatku.
I o tym największym kłamstwie “Czarnobyl” nawet nie musi mówić werbalnie i fabularnie. Wystarczy język filmu, wizualia. Ten schodzący tynk z niezdarnie wyszpachlowanych ścian i krzywo poukładane kafelki w szpitalach. Ta odklejająca się od podłogi wykładzina. Te żelbetonowe bloki i osiedla, które wyglądają tak, jak to co widzę na co dzień z okna mojego mieszkania.
Paździerzowa estetyka, rozsypująca się gospodarka i próba cieszenia się codziennością taką, jaka jest, kiedy głosem narodu pozostaje specjalna uprzywilejowana kasta, do której droga wiedzie wyłącznie przez kłamstwo. Oto demokracja ludowa, która nie była demokracją. Realny socjalizm, który nie był socjalizmem, ale był na pewno zbyt realny.
I w ukazaniu właśnie tego serial “Czarnobyl” jest naprawdę dobry. W eksponowaniu kłamstw, które doprowadziły do tragedii w jednej elektrowni w 1986 r., ale które prowadziły do mniejszych i większych tragedii na co dzień w całym bloku wschodnim przez blisko pół wieku.
Wystarczą tu słowa dyrektora elektrowni Brukanowa, który obudzony w nocy telefonem, wypowiadając swoje pierwsze słowa w serialu, pyta: “kto jeszcze o tym wie?”. Nie: czy ktoś ucierpiał? Czy ludzie są bezpieczni? I to jest stan umysłu ukształtowany przez czarne kłamstwa systemu sowieckiego, które istniały obok biały, mniej szkodliwych. Jak wyidealizowanie przez propagandę radziecką postaci młodego chłopaka Pawlika Morozowa na patrona ruchu pionierskiego. Ani Morozow nie został zabity przez kułaków, ani nie należał do ruchu pionierskiego. Ale to nie miało znaczenia. Odrobina ubarwień, nieco dramatyzmu i trafił na sztandary, zagrzewając do działania innych.
I to ironia, że scenarzysta “Czarnobyla” Craig Mazin postąpił bardzo podobnie.
Część zdarzeń nie miała miejsca w takiej formie, w jakiej przedstawia je w serialu.
- zagrożenie drugą eksplozją reaktora, prowadzącą do wybuchu pary nie miało tak apokaliptycznego wymiaru i takiego zagrożenia dla Europy jak w serialu
- helikopter nie spadł nad elektrownią po awarii, dopiero 4 miesiące później i nie pod wpływem promieniowania
to są drobne rzeczy, które moim zdaniem są właśnie białymi kłamstwami i wpisują się w licentia poetica. Lekkie odstępstwa od prawdy w twórczości, aby smakowała nam lepiej. Dla mnie to jest OK. Fajnie jest zobaczyć pracujących na golasa górników, którzy wyglądają jakby byli w stanie gołymi piąchami spuścić wpierdy kradnosludom z Żelaznych Wzgórz. I do tego mówią z irlandzkim akcentem w filmie o Ukraińcach i Rosjanach.
I to jest OK.
Ryszard Kapuściński stale ubarwiał swoje reportaże i książki, ale po to, aby lepiej trafić nie tylko w logos – rozum czytelnika, ale także patos – prosto w jego serce i duszę. Żeby te historię poczuć, a nie tylko poznać.
To, co jest mniej OK, to kiedy Craig Mazin tworzy zupełnie nową postać, Ulanę Khomyuk, która ma stanowić połączenie wielu różnych radzieckich naukowców, prowadzących dochodzenie w sprawie Czarnobyla, ale która ma magiczną moc teleportacji. Skacze z miejsca na miejsce, w pewnym momencie nawet pojawia się przed Gorbaczowem, choć nie wiadomo skąd się wzięła i kto pozwolił jej tam być. Khomyuk w pojedynkę wydaje się rozwiązać zagadkę tego, co nastąpiło w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. I to jest naciągane, daje wrażenie, jakby całą ewakuację i całą pracę intelektualną wykonały 3 osoby. A tak oczywiście nie było.
I gorszym kłamstwem Mazina jest jeszcze to, że jedna z tych osób, prof. Walerij Legasow jest tym, który nie godzi się na kłamstwo. Który podczas rozprawy sądowej obnaża słabość Związku Radzieckiego, wskazuje na błędy w projekcie reaktora i niedoskonałości systemu. Wchodzi w buty sygnalisty, a nawet męczennika, bo wie, jakie będą konsekwencje. A następnie – a właściwie, na samym początku serialu – popełnia samobójstwo, zostawiając po sobie nagrania mówiące o kłamstwach Czarnobyla.
Prof. Legasow był postacią historyczną. I popełnił samobójstwo. Ale nie był sygnalistą. I nie był naiwnym naukowcem, który nie mógł pogodzić się z kłamstwami ZSRR. O nie. To dzięki temu, że rozumiał jak ten system działa i dzięki temu, że trzymał się linii partii komunistycznej, zyskał tytuł profesora. I nigdy nie wypowiedział słów, które w jego usta wkłada Craig Mazina, usilnie potrzebując umieścić w swojej historii krystalicznego bohatera. Tym samym powiedział, że w systemie, który premiował bierność i posłuszeństwo tak daleko mógł zajść ktoś tak… naiwny i z natury rebeliancki.
Czy to nadal tylko białe kłamstwo?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. W swojej krytyce znacznie dalej ode mnie posuwają się m.in. New Yorker i The New York Times w dwóch świetnych artykułach. Ja pozostawiam to już Waszej ocenie, ale chcę zakończyć ten materiał pewną myślą.
Naciąganie prawdy może być dobre dla historii. I przekonuje się o tym nawet wtedy, kiedy w towarzystwie opowiadam jakieś anegdoty. Tak długo jak nie zmienia to istoty przekazu. Craig Mazin stąpał na krawędzi, zakładając, że nie chce robić nudnego dokumentu, który obejrzy niewiele osób, więc wolał opowiedzieć wersję fabularyzowaną nadużywając swojej licencji artystycznej do zabawy faktami alternatywnymi. Więc zachęcam Was do eksperymentu. Obejrzyjcie te dwa dokumenty, które są przeciwieństwem słowa “nudne”. “Taśmy Teda Bundy’ego” i “Wild Wild Country”. I wówczas spróbujcie sobie wyobrazić, jak mógł wyglądać film dokumentalny o “Czarnobylu”, który o kłamstwach opowiadałby wyłącznie z pozycji niepodważalnych faktów.
—
Jeśli chcecie więcej treści Bez/Schematu, zachęcam Was:
🎬Subskrybujcie mojego vloga: https://bit.ly/2Jf1GAg
🎧I podcast: https://bit.ly/2Wjtmut / Spotify: https://spoti.fi/2JP6rW7