Recenzja “IT: Chapter Two”. Kontynuacja bez umiaru

niedziela, 8 września 2019
Share

Pennywise powraca w drugim rozdziale "IT". Jak wypada na tle pierwszego? Lekcja o tym, dlaczego w horrorze tak potrzebny jest umiar.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2jX8c8a / Apple: https://apple.co/2BkOFnk

Listen to “Zrozumieć TOOLa (i nie odlecieć)” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Stephen King miał nosa do “tego” (sic!) tytułu. “IT”. Po prostu “TO”. Nie pomyślał natomiast o języku polskim, bo gdybym chciał być hiperpoprawny, to ten odcinek powinien być zatytułowany: “Recenzja TEGO: Rozdziału Drugiego”. 

Dlatego nie odmówię sobie zabawy językowej ze ]słowem „TO” w TYM odcinku. Będzie zabawnie, jak przez cały film. I mówię to szczerze, film jest zabawny, w takim sensie, że jest w nim bardzo dużo humoru. Działa to jednak w dwie strony, jak niemal wszystko w tym obrazie.

Pierwsza część sprzed dwóch lat była pozytywnym zaskoczeniem chyba dla wszystkich. Także dla samej wytwórni. To jeden z tych filmów, po których obejrzeniu zwiastuna trzymasz kciuki i powtarzasz sobie pod nosem jak paciorek: please don’t suck, please don’t suck, please don’t suck… I raz na 100 przypadków się udaje. Statystyka jest mniej korzystna w przypadku filmowych adaptacji horrorów Stephena Kinga. Może się mylę, ale “IT” był pierwszą tak dobrze ocenioną ekranizacją horroru Króla od czasu “Lśnienia”. Co innego “Skazani na Shawshank” czy “Zielona Mila”, które są w czołówce najlepiej ocenianych filmów wszechczasów. Na tym tle historie grozy od Kinga nie mają dobrej passy na srebrnym ekranie, chociaż pozwolę sobie na małą prywatę i wysoko postawię “Mgłę” z 2005 r. w reżyserii Franka Darabonta. 

Tak czy owak, to “TO” z 2017 r. było smaczniutkie, głównie za sprawą wybitnie popieprzonego Billa Skarsgårda w roli klauna Pennywise’a oraz ekipy dzieciaków ze “Stranger Things”. Przepraszam, jednego aktora ze “Stranger Things” i reszty obsady, która mogłaby zastąpić dzieciaki w serialu Netflixa. I nikt by się nie zorientował.

Akcja (tego) rozdziału drugiego toczy się 27 lat później, co oznacza kolejny cykl aktywności Pennywise’a w miasteczku Derry i konieczność zwołania paczki przyjaciół wdzięcznie tytułujących się “Losers”, aby zrobili porządek z kosmicznym klaunem raz na zawsze. Czy nikt wśród nich nie podniósł nigdy na forum tego, że nazwa ich gangu może wpływać na morale? Szczególnie kiedy trzeba stawić czoła przedwiecznej bestii?

W każdym razie, to, że TO rozdział drugi, to postawiło TO specyficzny problem przed reżyserem Andym Muschiettim i scenarzystą Garym Daubermanem. Mianowicie w oryginale rozpisana na 1200 stron historia prezentowała wydarzenia z dzieciństwa bohaterów jako retrospekcję po ich powrocie do Derry, przeplatając ze sobą dwa plany czasowe. A autorzy filmu powieść Kinga rozbili na dwa obrazy, przy czym w tym pierwszym opowiedzieli nam wyłącznie retrospekcje, zostając z dorosłymi bohaterami w drugiej. Pojawiło się wyzwanie konstrukcyjne, któremu udało się i nie udało się sprostać jednocześnie.

Więc mamy dorosłych “loserów”, którzy odtwarzają wspomnienia z przeszłości. I chociaż są one inne od tych znanych z jedynki, to powtarzają te same motywy. Do tego sekwencja, w której każdy z bohaterów musi odtworzyć pewne zdarzenia trwa jakieś 45 minut filmu i stanowi lustrzane odbicie pierwszego ich kontaktu z Pennywisem, co w efekcie daje bardzo rozwleczony i wtórny segment filmu. 

Tego typu rozjazdów z kategorii „na papierze, a w praktyce” jest więcej, ale może trochę o tym, co sprawdza się w zupełności.

Aktorzy. Nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć interpretacje bohaterów w wykonaniu starszych aktorów, tym bardziej, że część młodszej obsady w wywiadach samemu wskazała, kogo życzyłaby sobie zobaczyć jako swoje dorosłe wersje (m.in. Billa Hadera i Jessikę Chastain). I wyszło to znakomicie. Aktorzy przejmują drobne gesty, tiki i nawyki od swoich młodszych odpowiedników. Fantastycznie wypada James McAvoy jako Bill, Jessika Chastain jak Beverly i James Ransone jako Eddie. Ale show kradnie Bill Hader jako Richie. Zobaczycie, zrozumiecie. Dla niego warto obejrzeć “IT: Rozdział Drugi” i oczywiście dla Billa Skarsgårda, którego rozbiegane oczy, zaśliniona buzia i ton głosu niezresocjalizowanego pedofila-psychopaty wybrzmiewają w tej części jeszcze bardziej niż poprzednio. Mam szczerą nadzieję, że Hollywood nie zaszufladkuje go jako szaleńca, bo TO nie przypadek kliniczny, to raczej talent, który w genach ma cała jego szwedzka rodzina. 

Wraca też młodsza obsada i tu również chylę czoła i przed aktorami i przed sposobem, w jaki reżyser skomponował przejścia między teraźniejszością a retrospekcjami. Za każdym razem jest to bardzo naturalne, płynne i często pomysłowe. I pozwala zachować ducha książkowego oryginału, pomimo zrezygnowania z pewnej bardzo kontrowersyjnej sceny.

Mimo to wybierając taką a nie inną konstrukcję scenariusza nie sposób było nie utracić mocnego atutu. Żadna scena między Pennywisem a dorosłymi bohaterami nie rezonuje w widzach w taki sposób, jak to było w przypadku dzieciaków. Zapytajcie “Stranger Things”, a dowiecie się, że nic nie pomaga historiom grozy tak, jak postawienie na drodze supernaturalnego zagrożenia nie ludzi dorosłych i zaradnych, a młodych i bezsilnych, za to z olbrzymią wyobraźnią i zmotywowanych przez strach. Bo na co dzień boją się nawet tego, co jest pod łóżkiem. A nie rozliczenia z Urzędem Skarbowym.

Jest w “tym” (heh) też dużo humoru, który w większości przypadków sprawdza się, kiedy wychodzi z ust Richiego. Zawodzi, kiedy Richie nie może się zamknąć oraz kiedy reżyser uważa, że może bez pomocy Billa Hadera uczynić przerażającą scenę zabawną. Mówiąc lotnie jak Nietzsche: sprawdza się, kiedy się sprawdza. Kiedy zawodzi, to zawodzi spektakularnie. 

To samo sceny grozy, które nie są lepsze niż poprzednim razem, są natomiast na pewno bardziej pomysłowe. Tylko za tą pomysłowością idzie dużo efektów generowanych komputerowo i im jest ich więcej, tym bardziej wychodzą ich niedoskonałości.

Nie rozumiem też kompletnie bezzasadnej decyzji scenarzysty, aby ponownie wprowadzić postać Bowersa – tego gościa ze śmiesznym mulletem na głowie z pierwszej części. Film nie tyle broniłby się bez jego wątku, co nie potrafię wskazać jednego dobrego powodu przemawiającego za jego obecnością w rozdziale drugim, a zaznaczę, że film trwa niemal 3 godziny.

Drugiemu rozdziałowi “IT” brakuje umiaru. Jakby chciał, żebyśmy go pokochali, bo przecież wysyła nam tyle fajnych emotek na Messengerze. Powtarza scenki rodzajowe z każdym z bohaterów, nie mając nic nowego do dodania w kwestii ich psychologii i poświęca na to niemal godzinę filmu. Wprowadza humor z dobrym efektem, ale skoro się śmiejemy, to dorzuca go nawet tam, gdzie chcielibyśmy się bać. Straszy jak poprzednio, ale przegina z CGI na tyle, że lęk przechodzi w zniesmaczenie słabymi efektami. Dorzuca lepkiej od cukru sentymentalnej muzyki i posypuje to hollywoodzkim patosem, kiedy nie mamy już w brzuchu miejsca na dokładkę. I w końcu nie może się pohamować rozciągając niepotrzebnie zakończenie, jak i cały film.

Duża szkoda. “IT: Chapter Two” jest po prostu dobre, a mogło być tak świetne, jak rozdział pierwszy. Wystarczyło nieco artystycznej powściągliwości. I tak idźcie do kina, jeżeli podobało Wam się “TO” za pierwszym razem. (Przeginam już z tą grą słów).

Takie 6,5 na 11 w skali Bez/Schematu, zakładając, że pierwszy film zasługiwał na 8.

Aha. I jeszcze raz. Bill fucking Hader. Kocham tego człowieka, kibicuję jego talentowi od lat, bo widzę, że od aktora trzecioplanowego w komediach przechodzi powoli do ról pierwszoplanowych. Zróbcie to dla mnie i obejrzyjcie na HBO jego serial “Barry”, w którym jest scenarzystą, reżyserem, producentem i odtwórcą głównej roli. Serio. 

 

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.