Pożegnanie z “Toy Story”. Jak zabawki wywróciły disneyowski schemat?

środa, 14 sierpnia 2019
Share

Bez spoilerów dot. "Toy Story 4", o tym, za co jestem wdzięczny tej serii i Pixarowi.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2ZSlqTs / Apple: https://apple.co/2P1jBkJ

Listen to “Pożegnanie z "Toy Story". Jak zabawki wywróciły disneyowski schemat?” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

“Co to znaczy być zabawką?”

To pytanie studio Pixar stawia już od 31 lat, bo od krótkometrażowego filmu “Tin Toy” z 1988 r. opowiadającego o uroczej zabawce i nieco przerażającym bobasie, który wyglądał jak rekwizyt ukradziony z planu “The Thing” Johna Carpentera.

W 1995 r., już w pełnometrażowym “Toy Story”, Pixar przedstawił nam chłopca imieniem Andy oraz Chudego i spółkę, czyli zabawki, które żyją i harcują po pokoju, kiedy tylko nas w nim nie ma. W praktyce studio postawiło na zabawki, bo wiedziało, że łatwiej będzie je zanimować i przekonać widzów, że nie muszą wyglądać tak naturalnie jak ludzie czy zwierzęta.

1999 rok to “Toy Story 2”, moim zdaniem najzabawniejsza część serii, za to z jedną z najbardziej przejmujących scen jakie widziałem w kinie. Dostaliśmy ten film chyba wbrew losowi, bo oryginalnie Disney po przejęciu Pixara chciał, aby wylądował od razu na półkach wypożyczalni kaset VHS, a sam proces produkcji nie był usłany różami. W sensie, jeden pracownik skasował cały film na kilka miesięcy przed premierą. Okazało się, że ktoś cudem zrobił kopię plików i udało się uratować historię.

“Toy Story 3” z 2010 r. to piękne zamknięcie trylogii i niczym “Casablanca” – koniec, który stanowi początek nowej, wspaniałej przyjaźni, kiedy Chudy i spółka trafiają do pokoju nowej właścicielki, malutkiej Bonnie.

9 lat później otrzymujemy “Toy Story 4” i seria przestaje być trylogią. W tym materiale uniknę spoilerów dot. najnowszej części, bo to moment świeżo po premierze. Ale będzie ona obecna w najbliższych minutach, bo wraz z poprzednimi częściami osiągnęła coś niezwykłego – przez te ćwierć wieku twórcom udało się odkryć portal, który prowadzi wprost do naszego dzieciństwa, a jednocześnie daje nam ponadczasowe lekcje na resztę życia, których udzielają nam zabawki. Ta najważniejsza z nich wywraca schemat, który bajki Disneya powielały przez dekady.

“Piękna i bestia”, “Kopciuszek”, “Mała Syrenka”, “Król Lew” czy “Mulan” miały jedno przesłanie:  jesteś wspaniały/ wspaniała i możesz w życiu osiągnąć wszystko.

Pierwsze “Toy Story” i wszystkie kolejne części dokonały zwrotu i zrezygnowały z tej lukrowanej i kłamliwej złotej myśli motywacyjnej, mówiąc:

  1. Nie każdy jest wspaniały i nie ma w tym nic złego.
  2. I nie osiągniesz wszystkiego, ale możesz osiągnąć wystarczająco, jeżeli możesz polegać na innych

Zatrzymajmy się przy tej pierwszej myśli.

Trauma, odrzucenie i niedoskonałość, które prowadzą do kryzysu egzystencjalnego – to refren każdego “Toy Story”.

W pierwszej części Chudy czuje się odrzucony i zmarginalizowany, kiedy ulubioną zabawką Andy’ego zostaje Buzz. A Buzz przeżywa kryzys tożsamości, kiedy dowiaduje się, że nie jest space marine, tylko zabawką Mattela. 

W drugiej, Chudy zostaje odstawiony na półkę, bo pojawia się niedoskonałość – rozpruwa się jego ręka. Jest też Jessie, którą właścicielka pewnego dnia po prostu porzuciła w pudle… jak, nomen omen, starą zabawkę. (to swoją drogą scena, która rozrywa mnie wewnętrznie za każdym razem).

Trzecia i czwarta część to także historie porzucenia i traumy. Duke Kaboom i Gabby Gabby albo doświadczyli albo boją się doświadczyć odrzucenia przez swoje braki. Mały Forky zrobiony ze śmieci nie czuje się zabawką podobnie jak Buzz w pierwszej części, a Chudy nie wie właściwie, po co jeszcze żyć.

Brzmi to dość ponuro, ale… takie jest “Toy Story”. Bohaterowie są niedoskonali, niepełnosprawni. Właściciele o nich zapominają i porzucają ich, a oni… albo godzą się ze swoim losem, albo przechodzą wewnętrzną przemianę.

Buzz pogodził się z tym, że jest zabawką i wcale nie przestał być space marine. Jessie znalazła nową właścicielkę w postaci siostry Andy’ego, a Chudy zrozumiał, że życie zabawki nie ogranicza się do jednego dziecka, a w czwartej części – nie zdradzając za dużo – może nawet nie ogranicza się do dzieci w ogóle. 

Stąd przekaz. Nie musisz być wspaniały, i nie każdy ma do tego predyspozycje. A czasem presja, z jaką przychodzi wspaniałość nie jest tego warta. Ale tak długo, jak czujesz się ze sobą dobrze i akceptują Cię inni – it’s OK. Czasem po prostu trzeba pogodzić się ze sobą lub stawić czoła zmianie.

Wyjście z kryzysu egzystencjalnego w “Toy Story” nigdy nie odbywa się wyłącznie wewnątrz postaci, bo przecież Pixar to nie Kieślowski, więc zabawki zawsze tworzą wspólnotę. I chociaż indywidualnie nie mogą osiągnąć wszystkiego, to mogą osiągnąć bardzo wiele dzięki współpracy.

W pierwszym “Toy Story” udaje się uratować Buzza, a w drugim odnaleźć Chudego dzięki współpracy między zabawkami. Trójka to wielka ucieczka z przedszkola, które okazało się więzieniem, a czwórka – kolejne poszukiwanie i kolejna ucieczka. W zasadzie, każda część to trochę taki “heist movie” albo “prison movie”, w którym bohaterowie przygotowują plan i budują go na mocnych stronach zespołu. 

Obowiązuje muszkieterska zasada: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Bohaterowie dzięki temu, że trzymają się razem, nie zawsze osiągają to, na czym im zależy: przecież nie zmienią Andy’ego z powrotem w dziecko, albo nie sprawią, że ktoś je na nowo pokocha, jeśli je odrzucił. Ale osiągają wystarczająco.

Cytując Micka Jaggera: You can’t always get what you want  / But if you try sometime you find / You get what you need.

Te dwie najpiękniejsze lekcje, które przez ćwierć wieku kultywowało “Toy Story”:

  1. Nie musisz być wspaniały, wystarczy, że będziesz OK dla siebie i innych.
  2. Oraz: nie osiągniesz wszystkiego, ale z przyjaciółmi i bliski możesz osiągnąć wiele.

Wpłynęły na sposób opowiadania historii w innych bajkach, nie tylko Disneya. Żeby wymienić kilka: Frozen, Zwierzogród czy trylogia How to Train Your Dragon.

“Toy Story 4” wcale nie musiało powstawać. Zakończenie trylogii było idealne. Jednak ta ostatnia, najnowsza część robi coś, czego nie zrobiły inne. Daje jeszcze jedną lekcję.

Nawet jeśli wydaje ci się, że straciłeś sens życia, nigdy nie jest za późno, żeby znaleźć nowy. Nawet jeśli jesteś zabawką.

Jeśli to był powód, dla którego trylogia przestała być trylogią, to mam tylko jedno życzenie: jeśli Pixar wpadnie na jeszcze jedną wartościową życiową lekcję, którą mogłyby nam przekazać zabawki, niech się nie waha i dopisze do tytułu piątkę.

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.