Recenzja “Pewnego razu… w Hollywood” / BEZ SPOILERÓW
Nowy film Tarantino zachwyci tych, którzy lubią dialog artysty z kinem, choć niekoniecznie tych, którzy oczekują intrygi i akcji rodem z "Django" czy "Bękartów Wojny"
🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe
Spotify: https://spoti.fi/2Z50dV6 / Apple: https://apple.co/2Mo8YXi
Listen to “Recenzja “Pewnego razu… w Hollywood” / BEZ SPOILERÓW” on Spreaker.
📰 Wersja tekstowa
Kto śledzi twórczość Quentina Tarantino ten wie, jak bardzo artysta czerpie z filmów lat 60. i 70. Każdy jego obraz to w zasadzie wielkie “dziękuję” dla setek twórców kina i całej gałęzi kultury.
Dlatego pewnym zaskoczeniem jest, że dopiero teraz, po 30 latach i dopiero swoim 10. filmem Tarantino przenosi widza do baśniowego świata Hollywood swojej ulubionej ery. I że wreszcie otwarcie robi kino o magii kina i Fabryce Snów. Oczywiście, na swój sposób i na swoich zasadach, mieszając fikcję z prawdą, dialogi z akcją i gwiazdy z nieznanymi aktorami w proporcjach, które tylko on jest w stanie zrozumieć i tylko on potrafi połączyć w sensowną całość.
O fabule zamierzam powiedzieć tylko tyle, ile już wiecie, aby nie psuć zabawy. Leo Dicaprio gra Ricka Daltona, zanikającą gwiazdę westernów, która miała swoją chwilę, a teraz robi co może, żeby nadal trwała. Cliff Boothe, grany przez Brada Pitta, to jego kaskader i najlepszy przyjaciel, który towarzyszył mu w chwilach chwały, teraz towarzyszy mu w niedoli.
Obaj reprezentują starą szkołę Hollywood lat 50., próbując odnaleźć się w rzeczywistości, którą kształtuje nowa szkoła: hipisi, LSD, zupełnie inna wrażliwość, reprezentowana m.in. przez Romana Polańskiego i Sharon Tate, którzy wprowadzają się do domu tuż obok. Gdzieś w tle przemyka Charles Manson i jego szalona sekta, jak iskierka, która w końcu podpali lont.
Może zrzucę to z siebie od razu: tak, duet Pitt i DiCaprio, na który czekaliśmy dekady, wypada fenomenalnie i aż żal byłoby pomyśleć, że nie spotkają się już więcej na srebrnym ekranie. Tarantino stworzył cały background, całą historię postaci Daltona i Bootha, a my tylko lądujemy w jakimś punkcie ich kariery, nawet oglądając plakaty czy fragmenty ich dzieł, które są mini filmami w filmie. Chociaż postaci jest masa, o czym za chwilę, to jednak reżyser cały czas koncentruje się na tej dwójce i daje im najwięcej czasu ekranowego, żeby mogli zabłysnąć. A błyszczą w każdej pojedynczej scenie, zarówno razem, jak i osobno.
Tarantino udało się w filmie upchnąć dziesiątki postaci prawdziwych i fikcyjnych, które stanowią miłe występy znanych i nieznanych aktorów. Jest Al Pacino jako producent Marvin Schwartz, jest Kurt Russel, który pełni także funkcję narratora historii. Przewija się postać Bruce’a Lee, którego sportretowanie w tym filmie z pewnością nie spodoba się każdemu. I jest na moment Damian Lewis, który nie tyle wciela się w Steve’a McQueena, co wskrzesza go. Duch McQueena przejął jego ciało i kiedy skończono zdjęcia, pewnie potrzebował egzorcysty. Nigdy, w całym swoim życiu, nie widziałem takiego podobieństwa między dwójką aktorów, jak między Lewisem a McQueenem właśnie. Szkoda, że jest go tak mało.
Zaskakuje struktura filmu, nawet jak na Tarantino. Przypomina nieco “Jackie Brown”, (przez lata mój ulubiony film Tarantino), co pewnie negatywnie zaskoczy te osoby, które oczekiwały kolejnego “Django” lub “Bękartów Wojny”. Film trwa 2,5 godziny, z czego 2 godziny to dłuuuuuuga ekspozycja postaci i immersja, wciągnięcie nas w ten pięknie wykreowany, baśniowy świat Miasta Aniołów i Fabryki Snów sprzed dekad. Dopiero ostatnie pół godziny to akcja i rozwiązanie, ale jakby trochę na doczepkę: tak jakby Tarantino chciał, żeby fani jego komiksowej przemocy przypadkiem nie wyszli z kina zawiedzeni.
A skoro Tarantino przez 2h mówi o filmach i magii kina, to może w pełni wykorzystać to, w czym jest najlepszy. Jest mieszanina stylów i gatunków. Super zabiegi: zbliżenia, oddalenia, kamera krążąca wokół postaci, długie retrospekcje, wykorzystywanie muzyki w tle lecącej z telewizora do budowania napięcia…
No i tarantinowski fetysz kobiecych stóp, który w tym filmie osiągnął poziom już nie tyle obsesji, co choroby klinicznej. Jednym się to spodoba, innych zacznie to męczyć.
Dwie myśli na sam koniec, zachowując bezpieczną odległość od granicy, w której zaczynają się spoilery.
Na początku wspomniałem, że ten obraz to hołd dla Hollywood starej szkoły lat 50. i Hollywood lat 70. Ta stara szkoła, którą reprezentują Dalton i Booth, kilkukrotnie udowadnia, że wciąż potrafi pokazać pazurki, a ta nowa wcale nie chce się od starej odcinać – raczej otwiera przed nią drzwi, co pokazuje, że zmiana nie zawsze musi być bolesna. Nowe może polubić się ze starym i vice versa. Tarantino jest tradycjonalistą, który nie boi się współczesności.
Druga rzecz to kwestia banalizacji zła. Wątek, który dyskutowany jest w kulturze od II wojny światowej. Jak mówić o złu? Jak mówić o psychopatach i morderach, nie gloryfikując ich i nie zmieniając zła w banał?
Tarantino wybiera opcję bez schematu: przekroczyć granicę śmieszności. Można już chyba powiedzieć, że swoją ostatnią twórczością po roku 2000 utrwalił pewien standard: on nie banalizuje zła, on je sprowadza do autoparodii. W “Django” Ku Klux Klan został przedstawiony jako banda niedorajdów. Hitler w “Bękartach Wojny” nawet nie musi być zmemifikowany, bo od razu jest memem. Kurt Russel w “Grindhouse” płacze jak dziecko, kiedy kobiety biorą go na kopy. “Pewnego razu… w Hollywood” nie zrywa z tą nową tradycją. Tarantino robi lewatywę naszej duszy tak, jak na Jokera popkultury przystało.