Jak “Lśnienie” zmieniło horrory i stało się arcydziełem kina

środa, 20 listopada 2019
Share

"Lśnienie" Stanleya Kubricka to arcydzieło filmowego horroru, które na zawsze zmieniło gatunek i przerosło książkowy pierwowzór Stephena Kinga.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2rb6kfa / Apple: https://apple.co/340YbbP

Listen to “Jak "Lśnienie" zmieniło horrory i stało się arcydziełem kina” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Nie każde arcydzieło z miejsca staje się obiektem kultu. Nie każde zostaje od razu zrozumiane i docenione. “Lśnienie” Stanleya Kubricka mogłoby w tej kategorii przegrać chyba tylko z “Blade Runnerem” Ridleya Scotta albo “Vertigo” Alfreda Hitchcocka. 

Film po premierze w 1980 r. nie zebrał dobrych recenzji. Okazał się skromnym sukcesem komercyjnym i otrzymał dwie nominacje do Złotych Malin: za najgorszą reżyserię i aktorkę pierwszoplanową (Shelley Duvalle). Krytycy narzekali, że obraz jest nudny, a Nicholson w swojej roli przerysowany.

Sam Stephen King nigdy nie ukrywał, że adaptacji swojej książki w wykonaniu Kubricka po prostu nie cierpi. Przypuszczam, że nie był pocieszony, kiedy Kubrick wyrzucił jego wersję scenariusza do kosza, twierdząc, że jest do dupy, a następnie napisał go od nowa ze wsparciem pisarki Diane Johnson, oddalając się od ducha oryginału treścią i estetyką.

Dziś, 40 lat później, nikt już nie ma wątpliwości. (No, może poza samym Kingiem). “Lśnienie” to dzieło kultowe, którego echa słychać w niemal każdym zakątku popkultury, które zachwyca twórców i widzów, skłania do gorących dyskusji i stawiane jest wyżej niż książkowy oryginał.

Martin Scorsese i David Lynch lubią wskazywać na “Lśnienie” jako swoją wielką inspirację. Frazy “Redrum” i “Here’s Johnny!” były już wykorzystane i cytowane chyba niemal w każdym kontekście. Założę się, że włącznie z zabawami łóżkowymi kochanków szukających nowych wrażeń.

Ale nic nie jest w stanie wyrazić fenomenu “Lśnienia” lepiej niż dokument “Room 237”, który poświęcony jest jednym z najdziwniejszych teorii, jakie wyprodukowali entuzjaści w swojej misji znalezienia ukrytego znaczenia ich ulubionego filmu. Widzą w dziele Kubricka:

  • hołd dla rdzennych Amerykanów, na których kościach został zbudowany hotel Overlook;
  • dla niektórych to alegoria Holokaustu;
  • są też tacy, którzy uważają, że to po prostu aluzyjne wyznanie reżysera, że pomógł NASA ukartować lądowanie Apollo 11 na księżycu.

Każdy widzi w “Lśnieniu” to, co chciałby dostrzec, bo chociaż historia jest banalnie prosta – jak ujął to King: to opowieść o człowieku, który wraz z rodziną powoli popada w szaleństwo – to jest to tylko powierzchnia. W przypadku książki jest jeszcze głębia. W przypadku filmu Kubricka to bardziej otchłań.

Ja dodam, że dla mnie “Lśnienie” opowiada o alkoholizmie i przemocy w rodzinie. I na tym poprzestanę, bo nie to o czym opowiada “Shining” uczyniło ten film ojcem i królem psychologicznego horroru, tylko to w jaki sposób to robi. 

Stanley Kubrick złamał żelazne zasady i schematy horroru, takie jak dosłowność w ukazywaniu przemocy i przewidywalność kompozycji, a zastąpił je horrorem psychologicznym, który bawi się jednocześnie bohaterami, jak i widzami.

Artyście chodziło o to, aby zbudować grozę i niepokój subtelnie oraz stopniowo. Mieć widza na baczności:

  • dozując niepewność, dwuznaczność i tajemnicę
  • wzmagając w nas poczucie paranoi i dyskomfortu

W pierwszych 20 minutach filmu Kubrick sprytnie zasiewa w naszych umysłach ziarna tajemnicy i niepewności podrzucając nam tu i ówdzie drobne skrawki informacji:

  • dyrektor hotelu wspomina Jackowi, że poprzedni dozorca oszalał i zamordował swoją żonę, dwie córki i siebie samego;
  • w samochodzie Danny, syn Jacka, pyta ojca o Donner Party – grupę pionierów i kolonizatorów, którzy odcięci od świata przez śnieg, aby przetrwać musieli posunąć się do aktów kanibalizmu;
  • widzimy też na moment “flash forward” – czy tytułowe “lśnienie” – kiedy Danny’emu ukazują się obrazy martwych sióstr i morze krwi;
  • wreszcie, Dick Halloran, szef kuchni w hotelu Overlook, który również posiada dar lśnienia, ostrzega Danny’ego, żeby za wszelką cenę nie wchodził do pokoju 237.

Mówiąc wprost, Kubrick kilkoma strzępkami pozornie niepowiązanych ze sobą informacji streszcza nam fabułę swojego filmu. Mówi o wszystkim, co nastąpi. I chociaż my nie możemy o tym wiedzieć, to zapisujemy te sceny w podświadomości antycypując nadejście tragedii. No bo niby czemu się one w filmie znalazły? W psychologii nazywa się do torowaniem – primingiem – czyli kilkukrotną ekspozycją jakiegoś bodźca, aby przygotować nas na jego wystąpienie później w większym natężeniu i jednocześnie bardziej na to uczulić. Kubrick, będąc mistrzem, posłużył się jak najmniejszą, nieszkodliwą dawką, żeby już na start mieć naszą uwagę i czujność.

Po 20 minutach osiadamy w hotelu Overlook razem z rodziną Torrance’ów. A nasz niepokój rośnie, podobnie jak poczucie paranoi.

Nasi bohaterowie zaczynają doświadczać izolacji. Są trójką ludzi w olbrzymiej posiadłości i trudno jest nam przyzwyczaić się do świadomości, że… hotel może być pusty. To niemal oksymoron. Kubrick bawi się naszą percepcją prezentując olbrzymie, szerokie kadry, w których postać jest mała, a przestrzeń bezgraniczna. Jak Jack piszący na maszynie w wielkim holu, Wendy biegnąca z Dannym do labiryntu w ogrodzie. Czy osławiona scena, w której Danny przemierza korytarze hotelu na swoim rowerku. Widzimy w niej dokładnie to, co widzi Danny. Przyjmujemy jego perspektywę, niemal przy ziemi, dzięki wykorzystaniu Steadicam, które Kubrick w sposób nowatorski wprowadził w swoim dziele z pomocą jego twórcy Garretta Browna. Po kolejnym z rzędu skręcie, dostrzegamy dwie dziewczynki stojące na końcu długiego korytarza. Tworzą perfekcyjnie przerażającą symetrię. Ale są wystarczająco daleko od nas i Danny’ego, aby nie widzieć ich twarzy. Nie wiemy, dlaczego są akurat dwie, nie wiemy skąd się tam wzięły i jakie są ich intencje. Większość horrorów zaskoczyłaby w takim momencie “jump scarem” i zagroziła życiu bohatera. Ale nie Kubrick. Te cholerne dziewczynki po prostu stoją, bez ruchu. Jesteśmy przerażeni, bo nie wiemy czego dokładnie mamy się bać, choć wiemy, że na pewno jest czego. W bardzo podobny sposób nakręcona jest scena Jacka wchodzącego do pokoju 237, czyli scena z kobietą w wannie. (Osobiście, uważam, że jedna z najbardziej przerażających scen w historii kina). Widzimy kobietę na końcu łazienki z perspektywy Jacka. Ujęcie jest szerokie, kobieta ledwo dostrzegalna, choć widzimy, że naga i piękna. Bardzo powoli wychodzi z wanny. Przyciąga nas i bohatera do siebie. Kiedy już to robi, dopiero wówczas horror zdejmuje maskę i odkrywa swoją prawdziwą twarz. Zupełnie dosłownie.

Także w tej scenie Kubrick rozgrywa inną swoją mistrzowską kartę. Kiedy Jack całuje kobietę, nie widzimy z początku w jaki sposób zmieniła się w gnijącą staruszkę. Najpierw widzimy reakcję Jacka. Dopiero po chwili bodziec, na który zareagował. Chodzi o to, aby najpierw pobudzić nasze neurony lustrzane i dodatkowo wzbudzić ciekawość: co on zobaczył? Czy: co ona przeczytała? Bo dokładnie tak samo skomponowana jest scena, w której Wendy odkrywa zawartość “powieści” nad którą pracował Jack. Widzimy jej przerażenie przeplatane z ujęciami wertowania kolejnych i kolejnych stron zapisanych dokładnie jednym i tym samym zdaniem. Do momentu aż kamera nie zmienia perspektywy i ukazuje nam sylwetkę Jacka złowieszczo przyglądającemu się całej sytuacji.

Inny przykład: gdy widzimy jak Jack zaczyna mówić do pustego baru prosząc o szklankę bourbonu. Zmiana perspektywy kompletnie nas zaskakuje, bo okazuje się, że po drugiej stronie rzeczywiście stoi barman Lloyd. Nie wiemy czy Jackowi rzeczywiście odbiło, a nam razem z nim. Czy może w hotelu rzeczywiście mieszkają duchy. Nasza paranoja rośnie.

Jeden i ten sam zabieg operatorski za każdym razem stosowany z innym, zaskakującym rezultatem. Tak, jakby Kubrick nie chciał, abyśmy przypadkiem uznali, że poznaliśmy jego język i wreszcie możemy odetchnąć z ulgą.

Samo napięcie doskonale potęguje też dyskomfort. 

Długie ujęcia na twarze bohaterów sprawiają, że zaczynamy nerwowo wiercić się w siedzeniu. Szczególnie, gdy widzimy twarz Jacka Nicholsona z nieprzytomnie rozdziawionymi ustami i stopniowy zoom.

Dyskomfort wzbudzają także dysonanse. Muzyka w “Lśnieniu” nigdy nie jest przyjemna. Jest zbudowana na dysonansach dosłownie. Powykręcana, przeciągana, atonalna. Jakby nie chciała ukazać nam żadnej melodii, a jedynie zlewała dźwięki w wizję szaleńca.

Także dysonansem jest fakt, że akcja dzieje się w jasno oświetlonym miejscu, często w dzień, a największe zagrożenie stanowią nie jakieś duchy, tylko mąż i ojciec – osoba, która powinna chronić swoich najbliższych.

Jest też jeszcze sam cesarz dysonansów, czyli Jack Nicholson. Wielu krytyków zarzucało mu w tej roli nadmierną ekspresyjność, niemal komiksowość. Stephen King mówił wprost, że uważa wybór Nicholsona za wielki błąd, ponieważ ciągnęła się za nim rola “Lotu nad Kukułczym Gniazdem” – przypuszczał, że widownia już z góry uzna bohatera “Lśnienia” za nienormalnego, a w książce chodziło wszak o to, aby ukazać powolne odchodzenie od zmysłów.

Fakty są takie, że Nicholson i Kubrick mieli swoje wizje i dali nam jedną z najciekawszych postaci nie tylko w horrorze, ale filmie w ogóle. Cudownie jest obserwować stopniowe pęknięcia, które pojawiają się na powierzchni bohatera. Jego pierwsze wybuchy złości w obecności Wendy. Jego rozdziawioną gębę. Ujawniającą się skłonność do alkoholu i ucieczki w samotność.

Nicholson gra tak, jakby to pozostawanie normalnym stanowiło dla niego wysiłek, a nie popadanie w szaleństwo. I czy nie pasuje to wprost idealnie do obrazu mężczyzny, który ma skłonność do przemocy wobec bliskich? Widać huśtawki nastrojów, okresy normalności i okresy narastającej agresji. Widać w końcu całkowite szaleństwo, które inspirują albo supernaturalne moce w hotelu, albo alkohol i izolacja – jak kto woli. Ktokolwiek oglądał ten film spodziewając się typowego dla horroru płaskiego protagonisty/antagonisty ten musiał wyjść z seansu zawiedziony. Jak ja w dzieciństwie. Dzisiaj widzę przemyślaną konstrukcję psychologiczną, która pogłębia filmową tajemnicę i paranoję.

Z perspektywy czasu można powiedzieć, że “Lśnienie” mogło być najlepszą filmową adaptacją prozy H.P. Lovecrafta, która nigdy nie powstała. Kubrick nie stawiał na dosłowną przemoc, budował na tajemnicy, kazał kwestionować własne poczucie rzeczywistości i wzbudzał dyskomfort. Więc równie dobrze do dziesiątek zwariowanych interpretacji jego filmu można by dorzucić taką, że na Overlook hotel i jego dozorców wpływał Wielki Przedwieczny Cthulhu i wciąż cała historia miałaby sens. (czy też Katulu. Czy Kthulhu… niech ktoś wreszcie rozstrzygnie, jak powinno się to czytać).

To jasne, że gdyby nie “Lśnienie”, to nie byłoby dziś takich horrorowych perełek jak “Get Out” Jordana Peela albo “Drabina Jakubowa” czy “Ukryty Wymiar”. Nie byłoby growej serii “Silent Hill”. Ba, może nawet nie byłoby “Twin Peaks”.

Stanley Kubrick miał talent do zabawy środkami, którymi dysponują inni twórcy filmowi, ale miał też swoją wizję, odwagę, jaja i upór, aby ją przeforsować i żeby złamać schematy. To, jak wyglądałoby “Lśnienie” zbudowane na horrorowych kliszach, możemy przekonać się oglądając trzyczęściowy miniserial Stephena Kinga z 1997 r. O którym nikt dziś już na szczęście nie pamięta. I którego nikt wówczas nie oglądała.

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.