Film, którego nie mógł zrobić młody Scorsese / Recenzja “Irlandczyka”

wtorek, 26 listopada 2019
Share

“The Irishman” nie jest kinem gangsterskim jakiego się spodziewacie i do jakiego przyzwyczaił nas Martin Scorsese.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2rb6kfa / Apple: https://apple.co/340YbbP

Listen to “Film, którego nie mógł zrobić młody Scorsese / Recenzja “Irlandczyka”” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

“The Irishman” nie jest kinem gangsterskim jakiego się spodziewacie i do jakiego przyzwyczaił nas Martin Scorsese. Tego filmu nie mógł zrobić reżyser w swoim młodszym wydaniu. Pewnie nie byłby w stanie zrobić go żaden reżyser w młodszym wydaniu. A i tak nie było łatwo.

Film był 10 lat w produkcji, pochłonął 150 milionów dolarów i chociaż od początku miał w obsadzie dwie legendy kina, to porzuciły go wielkie wytwórnie, stawiając los projektu pod znakiem zapytania. “Irlandczyka” ostatecznie uratował Netflix i chwała mu za to, bo platforma zyskała kolejny dowód na to, że inwestuje również w kino ambitne, a nie tylko czysto rozrywkowe. 

I niech to padnie już na początku tej recenzji. Wszyscy, którzy oczekiwali kolejnego “Kasyna” albo “Chłopaków z Ferajny” mogą być zawiedzeni. To nie po prostu kumpelskie kino gangsterskie, jakim bawił się Scorsese w przeszłości. Wspomniane “Kasyno”, “Goodfellas”, czy “Infiltracja” to były filmowe ekwiwalenty muzyki The Rolling Stones, które mistrz tak kocha. Ale jest też przecież kino kontemplacyjne w wykonaniu Scorsese, które można by porównać do smooth jazzu: niedocenione i niedawne “Milczenie”, równie niedoceniona “Ciemna Strona Miasta”, czy bardzo doceniony, choć średnio udany “Aviator”.

“Irlandczyk” jest wypadkową tych dwóch nurtów w twórczości 77-letniego nowojorczyka. To 3,5 godziny jazzu z kilkoma rockowymi solówkami. To świat gangsterki z innej, nieoczywistej strony, który mógł zrobić chyba tylko dzisiejszy Scorsese.

Więc kiedy jest bardziej rockowo, mamy te jakże klasyczne montaże, sceny zabójstw zrobione z malarskim pietyzmem albo przerażającą, uliczną naturalnością. Nie brakuje charakterystycznych, pełnych napięcia i czarnego humoru dialogów, które w każdej chwili mogą przerodzić się w przemoc. Ale to wszystko w melancholijnej kompozycji, o rosnącym poczuciu straty i sensu, której ostatni akt ukazuje starość całkowicie odczarowaną – dosłowną, dojmującą, obnażającą bezradność każdego człowieka.

“Irlandczyk” jest więc głęboki, zniuansowany, wymagający. Toczy się w swoim tempie, bawi w przekładańca strukturą i planami czasowymi, opowiadając historię rozłożoną na 50 lat życia Franka Sheerana. Tę historię Scorsese i scenarzysta Steven Zaillian przenieśli na ekran na podstawie książka Charlesa Brandta pt. “I Heard You Paint Houses”, którą Brandt napisał na podstawie rozmów przeprowadzonych z Frankiem Sheeranem przed jego śmiercią w 2003 r.

Frankie “The Machine” twierdził, że przez dekady był cynglem mafii i że wie co stało się z Jimmym Hoffą, królem amerykańskich związków zawodowych, którego nagłe zniknięcie pozostaje jedną z największych zagadek XX-wiecznej Ameryki. Nikt nie ma pewności, czy Sheeran mówił prawdę, wielu natomiast dowodzi, że ściemniał. Scorsese się tym nie przejmuje – dla niego liczy się ciekawa opowieść, nawet jeśli jest podkoloryzowana. Kanwę stanowią wydarzenia i postaci historyczne, takie jak rodzina Kennedych, wspomniany Hoffa, czy boss mafii Russell Bufalino. Właściwie, to jest to historia o dwóch światach, które rzeczywiście przed dekady ze sobą romansowały: to świat amerykańskich związków zawodowych (który uosabia Hoffa) i świat zorganizowanej przestępczości (który uosabia Bufalino). Ci pierwsi udzielali tym drugim pożyczek na preferencyjnych warunkach, kiedy mafia raczej nie mogła liczyć na wsparcie banków ani funduszy VC. A w zamian: mafia pomagała związkom zwalczać inne związki albo ustawiać polityków. Bohater filmu, Frank Sheeran, funkcjonuje na styku tych dwóch światów. Jako związkowiec ramię w ramię ze swoim przyjacielem Jimmym Hoffą. Jako cyngiel mafii dla swojego przyjaciela Russella Bufalino. Wiadomo, że musi dojść w końcu do konfliktu interesów i także konfliktu sumienia. Prosta i sprawdzona formuła na dobry scenariusz, którą “Irlandczyk” realizuje na swoich zasadach: niespiesznie i delektując się każdym aktorem w obsadzie, każdą linijką dialogu i niuansem epoki – tak jak niedawne “Once Upon a Time in Hollywood” od Tarantino. 

W filmie, w którym występują Al Pacino i Robert De Niro nie wypada nie wspomnieć o aktorstwie. Dlatego spieszę uspokoić: cały film kradnie Joe Pesci. Jest największą i najmilszą niespodzianką tego dzieła. Pokazuje, ile jego talentu zostało zaprzepaszczone przez typecasting, czyli obsadzanie go w oczywistych rolach. Dla “Irlandczyka” Pesci przerwał swoją aktorską emeryturę, chyba po to, aby złamać każdy schemat i stereotyp, jaki obudował wokół niego Scorsese w “Kasynie” i “Chłopakach z Ferajny”. Jako Russel Bufolini jest stonowany, oszczędny i sympatyczny. Wzbudza w nas szacunek, czasem politowanie, ale nigdy przerażenie. To naprawdę wspaniała rola, która przyćmiewa pozostałe.

Al Pacino gra drugiego po Bufolinim mentora i przyjaciela Franka – Jimmy’ego Hoffę. Kradnie każdą scenę w której jest. Buzuje młodzieńczą energią. Nie tylko wygląda młodziej, ewidentnie gra młodziej. Widać, że bawił się znakomicie. A sama postać Hoffy to chyba najfajniej napisany “uparciuch” we współczesnym kinie – czaruje nas, porywa, a jednocześnie wkurza swoją durną nieustępliwością.

I oczywiście De Niro. Gra powściągliwie, trochę w swoim trybie domyślnym (przyznam, że większe wrażenie zrobił na mnie w “Jokerze”). Najbardziej porusza w scenach emocjonalnych, kiedy gubi słowa, jąka się. Na co dzień jest człowiekiem-skałą, takim jakim faktycznie był Frank Sheeran. 

Przewijają się również doskonali Bobby Canavale, Harvey Keitel i Stephen Graham, choć w maleńkich rolach. Sumienie i serce filmu to postać jednej z córek Franka, Peggy Sheeran, którą w wersji dziecięcej gra Lucy Gallina, a dorosłej – Anna Paquin. Obydwie mają do wypowiedzenia w całym filmie dwa zdania, bo i rola kobiet w tej historii jest niemal zerowa. To celowy zabieg. Scorsese ewidentnie chce nam pokazać męski świat, w którym mężczyźni za swoją przerysowaną męskość ponoszą konsekwencje. I to działa, szczególnie wtedy, kiedy Anna Paquin jednym spojrzeniem potrafi przekazać widzowi i swojemu filmowemu ojcu więcej, niż wszystkie kwestie dialogowe Roberta De Niro w całym filmie.

Jeszcze słowo o technologii cyfrowego odmładzania, którą wykorzystano po raz pierwszy w tak dużej skali. Wypadła solidnie. Nie licząc dwóch scen nie miałem wrażenia sztuczności. Myślę, że wielka w tym zasługa samych aktorów, bo ich “odmłodzone” twarze to nie tyle młode wersje aktorów, ile wyobrażenie młodych wersji granych przez nich postaci. Może dlatego ten zabieg nie razi.

“Irlandczyk” za moment trafi na Netfliksa, wychodząc z kin, gdzie zawitał tylko na moment, aby móc powalczyć o Oscary. I cieszę się, że tak to zaplanowano, bo zasługuje na nagrody i zasługuje na oglądalność, którą zapewni mu Netflix. Oglądając “Irlandczyka” po raz pierwszy zrozumiałem argumenty Scorsese, którymi posługiwał się w swojej niedawnej krytyce filmów Marvela. Nie chodziło mu przecież o nadmiar efektów specjalnych, fantastyki czy fikuśnych kostiumów w tych produkcjach. Chodziło o ograniczanie wizji i swobody twórczej w machinie korporacyjnej, w której producenci mają do powiedzenia tyle samo co reżyserzy. Albo znacznie więcej. Scorsese nigdy nie pozwoli nikomu wykastrować swojej wizji. I “Irlandczyk” jest tego żywym artystycznym manifestem.

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.