Chłopaki zasługują na uwagę. Recenzja “The Boys”
"The Boys" od Amazon Prime na podstawie komiksu Gartha Ennisa jest... fantastyczne! I podchodzi do tematu superbohaterów w bardzo aktualny sposób.
🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe
Spotify: https://spoti.fi/2OvpTdr / Apple: https://apple.co/2IUFNcc
Listen to “Chłopaki zasługują na uwagę. Recenzja “The Boys” / BEZ SPOILERÓW!” on Spreaker.
📰 Wersja tekstowa
Mam nadzieję, że macie jeszcze kilka wolnych godzin w swoich planach na weekend, bo “Chłopcy” chcieliby wpaść do Was na domówkę. Wow, jak ten serial mnie zaskoczył. Zapowiadał się w porządku, a wyszedł fantastycznie. Mówię oczywiście o “The Boys” dostępnym na Amazon Prime, opartym na komiksie Gartha Ennisa o tym samym tytule. Serialowa ekranizacja innej noweli graficznej Ennisa, jaką jest “Kaznodzieja” – “Preacher” – wzbudza dość mieszane uczucia wśród fanów. Ale z tym kąskiem będzie zapewne inaczej, choć zaznaczę, że oryginału nie czytałem i nie żałuję, bo dzięki temu ośmioodcinkowa przejażdżka była pełna niespodzianek.
Było już w popkulturze sporo dekonstrukcji gatunku superbohaterskiego i zacierania granicy między super a antybohaterem. Żeby wymienić kilka dzieł, oczywiście przełomowi “Watchmen” Alana Moore’a, “Kick-Ass” Marka Millara, czy autorskie filmy “The Chronicle”, a niedawno zaskakująco słaby horror “Brightburn”, który jest zbyt długą i zbyt przewidywalną odpowiedzią na pytanie: a co gdyby Superman od dziecka był zły?
“The Boys” odpowiada na to pytanie znacznie lepiej i znacznie ciekawiej, a przy tym robi znacznie więcej.To takie nieślubne dziecko “Watchmen” z “Kick-Ass”. Jest brutalny, świeży, niegłupi i bardzo dzisiejszy.
Do tego sam koncept świata przedstawionego ociera się o meta fikcję. Superbohaterowie istnieją w nim naprawdę, ale stanowią jednocześnie produkt i franczyzę w rękach potężnej korporacji Vaught International. To jak imperium Marvela, które zamiast Chrisa Evansa naprawdę ma Kapitana Amerykę, a zamiast Roberta Downeya Jr. – Tony’ego Starka z umową na wyłączność. Superbohaterowie robią swoją robotę na pokaz, a wielki kapitał wyciska miliardy dolarów z ich marek osobistych przez zabawki, filmy, gry i deale reklamowe. I jeszcze próbuje sprzedawać ich w sektorze zbrojeniowym.
I dopiero w ten świat wpleciona jest historia młodego chłopaka, Hughie Campbella, który w wyniku tragicznego wypadku wywołanego przez jednego z superbohaterów traci swoją ukochaną. Znienacka w jego życiu pojawia się niejaki Billy Butcher i oferuje mu zemstę, a później pełnoetatowe prześladowanie kasty superbohaterów i stojącego za nimi wielkiego korpo.
Kilka powodów, dla których uważam, że naprawdę warto, abyście dali temu serialowi szansę?
Duża aktualność i jak wspomniałem, niemal meta fikcja. Przemysł superbohaterski jest w zasadzie 1:1 tym, co znamy z przemysłów rozrywkowych, takich jak branża filmowa. Więc nie powinno być zaskoczeniem, że to machina korporacyjna kreuje gwiazdy, wyłaniając je drogą castingów. Przemiela i zmienia w elegancko opakowany produkt superbohaterski.
Dysponuje armią prawników i PRowców, którzy wyciszają skandale i zaopatrują superbohaterów w plastikowe teksty – gotowe do wygłoszenia na akcjach wizerunkowych w rodzaju spotkania z dziećmi w hospicjum czy na festiwalu będącym kopią Przystanku Jezus. Same gwiazdy, gdy nie są w świetle jupiterów ujawniają swoje słabe strony, które wynikają z presji i sławy: uzależnienia, złamane serca, porzucone marzenia. Jest też bardzo dobrze włączony wątek molestowania seksualnego.
Dalej. W tym serialu błyszczą naprawdę dobrzy i mało znani aktorzy. Przede wszystkim Erin Moriarty jako Annie January, początkująca superbohaterka Starlight, Jack Quaid jako wspomniany Hughie i Karl Urban jako Billy Butcher z mieszanką brytyjskiego i swojego natywnego nowozelandzkiego akcentu. Ale już po finale mogę powiedzieć, że show kradnie Anthony Starr jako Homelander. Czyli odpowiednik tamtejszego Supermana z kompleksem boga. Gdyby jego włosy były pomarańczowe, a nie blond, to wyszedłby z niego z SuperTrump.
I kolejna rzecz. Fantastyczny czarny humor. Począwszy od tego, że część superbohaterskiego teamu to w rzeczywistości JLA (wspomniany Homelander to Superman, A-Train = Flash, Queen Maeve = Wonder Woman, The Deep = Aquaman, Black Noir = Batman), a skończywszy na tym, że kiedy już się leje krew (a bywa jej wiele, ostrzegam), to najczęściej towarzyszy temu salwa niekontrolowanego śmiechu.
Szczególnie, jeżeli jako broni używa się bobasa strzelającego laserem z oczu. Polecam. To powinno Was przekonać do seansu. A cyniczna odtrutka na grzeczne i poprawne filmy Marvela może być dozowana bez nadzoru.