15 najlepszych filmów sci-fi tej dekady
Filmy, które ja i kilku gościnnych publicystów polecamy, jako lektury obowiązkowe dla fanów gatunku sci-fi.
🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe
Spotify: https://spoti.fi/3306Qet / Apple: https://apple.co/2MRQ4He
Listen to “15 najlepszych filmów Sci-Fi tej dekady” on Spreaker.
📰 Wersja tekstowa
Nie wierzę ludziom, którzy mówią, że nie lubią science fiction. A nie wierzę im jeszcze bardziej, kiedy mówią, że to dlatego, że jest w nim za dużo fantastyki i fikcji. Ekhm. Nie mówimy tu o smokach i niziołkach, które mają +5 do skradania się dzięki magicznemu pierścieniowi wykutemu na życzenie namolnego stalkera manifestującego się w postaci wielkiego oka na szczycie wieży. Nie. To jest fantastyka – kropka. Ja mówię o fantastyce [spacja] naukowej, to jest science fiction, która – jak to określił pisarz Isaac Asimov – zajmuje się wpływem nauki na istoty ludzkie.
A tak a propos niziołków i smoków. Inny wielki pisarz science fiction, Arthur C. Clarke, ustanowił w jednym ze swoich praw, że każda wysoce zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Więc… kto wie, może za kilka mileniów “Władca Pierścieni” okaże się bardziej dokumentem przyrodniczym, który mógłby przygotować sam sir Davida Attenborough, niż klasycznym fantasy.
Ale póki co, science fiction to jedyny gatunek literacki i filmowy, w którym nie ma sufitu, nie ma zamkniętych drzwi dla wyobraźni twórcy, ale gruntem pod nogami jest postęp technologiczny i naukowy, którego trajektorię wyznacza nasza rzeczywistość.
Więc jeżeli naprawdę chcesz rozciągać swoją wyobraźnię w różnych wymiarach, oglądaj, czytaj i graj w sci-fi. Ale, jako, że czas jest jednym z tych wymiarów, które wydają nam się wcale nie tak rozciągliwe, to w tym materiale podsunę Wam 15 filmowych lektur obowiązkowych z gatunku fantastyki naukowej, które ujrzały światło dzienne w ostatniej dekadzie. I tu pewien eksperyment w treści i w formie. Otóż 9 tytułów w tym zestawieniu jest ode mnie, ale 6 to propozycje od moich kolegów blogerów:
- Bartka Przybyszewskiego z bloga Liczne Rany Kłute
- Michała Ochnika z bloga Mistycyzm Popkulturowy
- i Marcina Tomaszewskiego z bloga Lektura Obowiązkowa
Kolejność nie ma znaczenia, chociaż rzeczywiście, na sam koniec, czyli na 3 pierwszych miejscach, pozostawiłem te tytuły, które ja sam szczególnie chciałem wyróżnić.
15. Prospect
Zaczynam od miejsca 15 i obrazu stosunkowo nowego, który reprezentuje półkę filmów niezależnych i niskobudżetowych, ale zarazem takich, od których uznani filmowcy i wielkie wytwórnie mogłyby się wiele nauczyć. To “Prospect”, czyli dość kameralna opowiastka o chciwości i przetrwaniu. I nic więcej nie zdradzę. Nie tylko zachwyciła mnie spójność, szczegółowość i głębia świata przedstawionego, na którym można by zbudować cały serial w rodzaju “The Expanse”, ale przede wszystkim to jak dwójka reżyserów i scenarzystów tchnęła w ten świat życie, pomimo minimalnego budżetu pozyskanego między innymi drogą crowdfundingu. To jest true science-fiction szkoły wczesnego Ridleya Scotta i pierwszego “Aliena” – jeżeli jesteś w stanie wyczarować magię kina z prostych, niepozornych rekwizytów i scenografii za 300 dolców. Zastanawiam się, co ci goście będzie w stanie wyczarować, kiedy już otrzymają od jakiejś wytwórni budżet w wysokości 30 milionów.
14. Under the Skin
Kolejna pozycja. Tu oddaję głos Bartkowi z Licznych Ran Kłutych. W sensie, on to napisał, a ja będę to teraz czytał. Ale to jego słowa. Słowo. Uwaga.
Najlepszym filmem sci-fi tej dekady jest bez wątpienia „Mad Max: Na drodze gniewu”. Ale to banalny typ, więc pozwolę sobie zareklamować dwa filmy, o których mogliście nie słyszeć. Jeden to arthouse, drugi to blockbuster. Wspólny mianownik? Żaden z nich nie był dużym hitem.
Pierwszy to „Pod skórą” Jonathana Glazera – rozerotyzowana, tripowa reinterpretacja „Gatunku” Rogera Donaldsona. W filmie z 1995 na mężczyzn polowała zimna jak lód Natasha Henstridge, wcielająca się w ludzko-pozaziemską hybrydę szukającą faceta, który chciałby ją zapłodnić. U Glazera kosmitkę gra Scarlett Johansson, podróżująca przez niepozorne szkockie miasteczko. Jej motywacje nie są jasne. Widzimy tylko, że wraz z pojawieniem się obcej istoty, z miasteczka zaczynają znikać kolejni mężczyźni, uwodzeni i mordowani na wiele przepięknych sposobów.
„Pod skórą” to w ogóle przepiękny, unikalny wizualnie film. Oraz unikalny zakulisowo, bo po pierwsze: rzadko widuje się tak znaną aktorkę występującą w tak tanim, artystycznym filmie. I to w jak odważnej roli – Johansson nie tylko prawie nic nie mówi, ale też przez dużą część filmu biega nago. Po drugie: część aktorów podobno nie wiedziała, że gra w filmie, a ich konfrontacje z gwiazdą Hollywood zostały nagrane z ukrycia. Polecam „Pod skórą” zwłaszcza dziś, gdy tak aktualny stał się temat seksizmu, przemocy wobec kobiet i ich pozycji w przemyśle filmowym.
Jaki jest drugi z filmów poleconych przez Bartka? To za moment. Muszę jakoś budować suspens, dlatego teraz jedna z propozycji Michała z Mistycyzmu Popkulturowego, bo jedną z jego propozycji również chciałbym podać mniej więcej dokładnie w tym punkcie. Dlatego posłużę się jego słowami, bo podpisuję się pod nimi w pełni.
13. Annihilation
Filmowa adaptacja opowiadania Jeffa VanderMeera, jednego z ojców literatury gatunku New Weird, która mówi o rozpadzie – międzyludzkich relacji, ludzkiego ciała, psychiki i w końcu całego świata. Po płaszczykiem opowieści o ekspedycji do serca kosmicznego fenomenu, który zdaje się powoli trawić całą naszą planetę kryje się zaskakująco kameralne i bardzo przemyślane studium ludzkiej natury. Główne bohaterki filmu zmuszone są skonfrontować się ze swoimi najgłębszymi lękami i w trakcie tego proces przekonstruować samą swoją naturę – czasem na lepsze, czasem na gorsze. Jeśli najlepsze science-fiction zdefiniujemy jako takie, które posługuje się motywami fantastycznonaukowymi celem powiedzenia czegoś interesującego o nas samych, to Annihilation znajduje się w ścisłej czołówce gatunku.
12. War for the Planet of the Apes
Trylogia “Planety Małp”, która – wydawało się – że będzie prequelową reanimacją klasyki na zasadzie nieskopoziomowej nekromancji uprawianej w piwnicy teściów… ale nie. Okazała się jakością samą w sobie i oddzielnym bytem, który nie potrzebuje klasycznej marki do tego, żeby mieć do powiedzenia coś ciekawego. Wydaje mi się, że każdy kolejny film w tej trylogii był coraz lepszy, ale “Wojna o Planetę Małp” z tymi swoimi fantastycznymi nawiązaniami do “Jądra Ciemności” i “Czasu Apokalipsy”, grą aktorską Andy’ego Serkisa w roli Cezara i Woody’ego Harrelsona, jako pewnej wersji pułkownika Kurtza – i to wszystko w realiach postapokalipsy i z domieszką filmu obozowego. I biblijnego exodusu. Rany. Ten film po prostu trzeba obejrzeć, nawet wtedy, kiedy nie widziało się dwóch poprzednich części, bo to historia, która broniłaby się nawet wtedy, gdyby wyjąć ją z gatunku sci-fi i podmienić małpy na ludzi.
11. I Am Mother
Najnowszy z filmów w tym zestawieniu i największa niespodzianka sci-fi ostatnich miesięcy. Także niskobudżetowy film, który nawet nie miał swojej premiery kinowej, od razu trafił na Netfliksa. Wychodzi z ciekawego punktu: a co gdyby jedyne dziecko na ziemi wychowywała sztuczna inteligencja? Następnie dokonuje jazdy slalomem niemal przez cały czas bawiąc się naszymi przeczuciami i przewidywaniami, co do motywacji bohaterów i dalszego rozwoju zdarzeń. Większość filmu dzieje się w bardzo małej przestrzeni, postaci można policzyć na palcach jednej ręki. Mimo to udaje się powiedzieć naprawdę sporo w tematach moralności i człowieczeństwa kształtowanych przez sztuczną inteligencję, a nie moralności i człowieczeństwa sztucznej inteligencji kształtowanej przez człowieka, jak w…
10. Ex Machina
Kolejny film Alexa Garlanda w tym zestawieniu po “Annihilation” i topowa propozycja od Marcina z Lektury Obowiązkowej, którego słowa przytoczę:
“Ex Machina” to test Turinga przeprowadzony na widzach. Film prowadzi z nami grę i sprawdza nas samych. Jest angażujący, oszczędny w wyrazie, ale jednocześnie uderzający. I choć jest to kolejny film poruszający tematy człowieczeństwa i stworzenia, to najważniejszą różnicą jest to, że “Ex Machina” stara się podejść do obu z nich z tą samą mocą. Jednocześnie nie serwuje nam jasnych, jednoznacznych odpowiedzi, ale nawet to, co jest niedopowiedziane nie jest wynikiem gmatwania rzeczywistości na siłę. Nie musi się to nam podobać, ale na pewno nie zostawia nas z poczuciem, że twórcy nie potrafili wywołać w nas jakikolwiek emocji. No i Oscar Isaac w nim tańczy, a to zawsze zasługuje na dodatkową uwagę.
Ja od siebie dodam: to, że ten film znajduje się w tym zestawieniu na 10. miejscu, nie oznacza, że równie dobrze nie mógłby się znaleźć na 1. To obraz, który wywarł na mnie kolosalne wrażenie i, podobnie jak “I Am Mother” czy “Her”, dał mi odczuć, że jest jeszcze wiele do powiedzenia w temacie relacji sztucznej inteligencji z człowiekiem przy zastosowaniu minimalnych środków.
9. Her
No i już zespoilowałem drugą pozycję od Marcina z Lektury Obowiązkowej. To właśnie “Her”. Cytuję Marcina:
Można darzyć Windowsa nienawiścią, ale czy wyobrażaliście sobie, że można się w systemie operacyjnym zakochać? Spike Jonze sobie wyobraził i nakręcił o tym film. Choć główny bohater grany przez Joaquina Phoenixa nie lokuje swoich uczuć w produkcie Microsoftu, to obiektem jego westchnień staje się system operacyjny obdarzony uwodzicielskim głosem Scarlett Johansson. Gatunek jakim jest sci-fi zawsze był pojemny, bo tak naprawdę można go wymieszać w zasadzie z każdym innym tworząc coś wyjątkowego. Jonze to wie i serwuje nam opowieść o miłości w przyszłości. Tylko całość nie rozgrywa się na płyciźnie rozważań tego, jak ta miłość może wyglądać. Tutaj wszystko rozgrywa się na poziomie walki z samotnością. Zagubieniem w świecie, który wydaje się nam obcy. Piękny film o pięknych, ale i często bolesnych uczuciach, które są częścią każdego z nas.
I ja – Filip Malinowski z Bez/Schematu – bez dyskusji się pod tym podpisuję.
8. Snowpiercer
Film uznanego koreańskiego reżysera Bong Joon-Ho, który połączył koreańską, brytyjską i amerykańską obsadę na pokładzie pędzącego wokół kuli ziemskiej pociągu – jedynej arce ludzkości, które chroni resztki cywilizacji przed lodową postapokalipsą za oknem. Film tematycznie czerpie garściami z “Ludzkich Dzieci”, podbiera nieco klaustrofobii z “Obcego” i nieco czarnego absurdu z “Charliego i Fabryki Czekolady” – zresztą, w sieci krąży fantastyczna teoria wg której “Snowpiercer” to tak naprawdę sequel prezentujący dalszą ewolucję Willy’ego Wonki i jego fabryki. Ale dla mnie ten film pozostaje najwierniejszą duchem adaptacją gry “BioShock”, której nigdy nie dostaliśmy i zapewne już nigdy nie dostaniemy. Dotyka tych samych wątków: jest mikrospołeczeństwo zbudowane przez wizjonera, jest dystopia i jest rewolucja. Jest też poruszony problem determinizmu i wolnej woli oraz najważniejsze w obu dziełach pytanie: co ma większą wartość – jednostka czy wspólnota? Polecam obejrzeć “Snowpiercera” po to, żeby wiedzieć, dlaczego warto zagrać w “Bioshocka”, jedną z najlepszych gier w historii.
7. Arrival
Rzadkie sci-fi, w którym mimo pojawienia się obcych na ziemi, formą dialogu nie jest przemoc, tylko język. Zupełnie inna forma komunikacji, której zrozumienie wymaga przeobrażeń w mózgu i kompletnie odmiennego od znanego nam postrzegania czasu. Ze wszystkich filmów w tym zestawieniu, to chyba najbardziej nazwałbym sci-fi niekonwencjonalnym, bo w mniejszym stopniu stawia na technologię, relacje człowieka z A.I. czy postapokalipsę, a na lingwistykę i kognitiwistykę. Do tego to film Denisa Villeneuve’a, więc operatorsko i zdjęciowo robi wrażenie, a szczególnie ukazanie samych obcych i ich zagadkowych struktur.
6. Looper
Moim zdaniem to najbardziej dopracowany i przemyślany film sci-fi bawiący się tematem podróży w czasie. Zamysł jest taki: w przyszłości organizacje przestępcze eliminują swoich przeciwników wysyłając ich do przeszłości, gdzie mordowani są przez wynajętych zabójców, tzw. “looperów”. Jednego z nich gra Joseph Gordon-Levitt ucharakteryzowany na młodego Bruce’a Willisa. Sprawa się komplikuje, kiedy dostaje zlecenie zabicia samego siebie, czyli starego Bruce’a Willisa. To nie jest kino głębokich refleksji, jak wspomniane “Arrival”, “Her”, “I Am Mother”,czy “Ex Machina”, ale w zakresie światotwórstwa, czy poziomu złożoności świata przedstawionego, dbałości o detale i konsekwencji fabularnej, to obraz stojący w jednym szeregu z “Prospect”, “Snowpiercerem” i jeszcze dwoma obrazami, które znajdą się na ostatniej prostej tego zestawienia. Mam na myśli, że jeśli interesuje Cię budowanie światów fikcyjnych, to “Looper” jest dla Ciebie lekturą obowiązkową.
Ciekawe jest, swoją drogą, to, że Rian Johnson, który tak brutalnie zarżnął “The Last Jedi” Star Wars, samemu napisał i wyreżyserował dobry film gatunkowy, który do dziś podtrzymuje na forach ciekawe dyskusje nt. szczegółów, smaczków, interpretacji niedopowiedzeń. A jego Star Wars? Na tych samych forach ogranicza dyskusję albo do ostrej krytyki albo bezwarunkowej obrony. Płynie z tego wniosek, że duży reżyser może robić lepsze sci-fi za mniejsze pieniądze i bez dodatkowych instrukcji z góry.
Teraz, nim przejdę do mojej finalnej trójki najlepszych filmów sci-fi tej dekady, jeszcze dwa typy od moich gości.
5. Edge of Tomorrow
Obiecałem drugi tytuł Bartka od “Licznych Ran Kłutych” po “Under the Skin” i jest to “Edge of Tomorrow”, czyli na “Na Skraju Jutra” Douga Limana – także wykorzystujący motyw manipulacji czasem. Oddaję głos Bartkowi:
“Edge of Tomorrow” to efektowne widowisko, które mogłoby być ekranizacją gry wideo gdyby nie to, że nią nie jest. Główny bohater – mniejsza o to, jak się nazywa, ważne, że ma twarz Toma Cruise’a – ma kilka żyć i nawet checkpoint, w którym odradza się za każdym razem, gdy ginie. A ginie z łap kosmitów, którzy zaatakowali Ziemię. By wygrać wojnę, Cruise będzie musiał – wspólnie z Emily Blunt – wykorzystać pętlę czasu, w której utknął.
To jednak trochę smutne i zaskakujące, że tak solidny akcyjniak nie zarobił zbyt wiele. Bo w zasadzie jest tu wszystko, czego można oczekiwać od solidnego mainstreamowego sci-fi: doskonały worldbuilding, świetne tempo, niegłupi scenariusz (którego współautorem jest Christopher McQuarrie, autor m.in. „Podejrzanych” i ostatnich dwóch części „Mission: Impossible”) oraz charyzmatyczni aktorzy na pierwszym i na drugim planie (oprócz wspomnianej dwójki mamy tu jedną z ostatnich dużych ról ŚP Billa Paxtona). Gdyby „Na skraju jutra” powstało w latach 80., dziś byłoby sci-fi klasykiem, takim jak „Oni żyją” czy „Ucieczka z Nowego Jorku”.
4. Splice
Drugi tytuł od Michała z Mistycyzmu Popkulturowego. Przyznam, że jest to też jedyny film w tym zestawieniu, którego sam jeszcze nie widziałem. To “Splice”.
Film pełen sprzeczności. Horror science-fiction miesza się w nim z intymną opowieścią o obcości, międzyludzkim niezrozumieniu i cyklu krzywd, w który uwikłanych jest wiele osób wywodzących się z patologicznych rodzin. Niezwykle subtelne, kompleksowe emocje mieszają się w nim z niemal niegustownymi scenami okrucieństwa i eksploatacji. Przeszłość przeplata się z przyszłością, dzika nieokiełznana natura z wyrafinowaną technologią i sterylna czystością laboratoryjnych korytarzy. Jest to bardzo nierówny, bardzo specyficzny film, który nie każdemu przypadnie do gustu – i prawdopodobnie właśnie dzięki temu jest tak przejmujący.
Pozostaje finalna trójka, i – tak jak wcześniej wspomniałem – zebrałem w niej te tytuły, które chciałem szczególnie wyróżnić. Z różnych powodów.
3. Interstellar
Ten film powinien znaleźć się na tej liście. To jest pewnie najbardziej kasowy i rozpoznawalny film sci-fi tej dekady, nie licząc komiksowych blockbusterów, które postrzegam jako inny gatunek. Ze wszystkich wymienionych filmów wzbudził we mnie najbardziej mieszane uczucia podczas pierwszego seansu. Z jednej strony zachwycał i wgniatał w fotel, z drugiej wywołał uczucie zażenowania, kiedy traktował z pełną powagą traktował miłość jako jedno z oddziaływań fizycznych.
Z każdym kolejnym ten obraz zachwyca mnie coraz bardziej, a coraz mniejszą wagę przywiązuję do jego gorszych momentów. Za to te mocne, jak unaocznienie szczególnej teorii względności Einsteina, wizualizacja czarnej dziury i dodatkowych wymiarów rzeczywistości, przejście przez tunel Einsteina-Rosena… ten film ma sceny nowatorskie i poszerzające wyobraźnię. Ale robi robotę także w szczegółach, jak naukowo obudowana zagłada Ziemi, która nie jest nagłą apokalipsą, a trwającym kilka generacji umieraniem ekosystemu w wyniku działań człowieka. Czy to że technologia wygląda tak, jakby została wymyślona w latach 70. albo podebrana z magazynu z rekwizytami z Odysei Kosmicznej.
Chcę przez to powiedzieć jedno: “Interstellar” ma swoje wady, ale dzięki niektórym scenom, grze aktorskiej i muzyce zasługuje na miejsce w szeregu najważniejszych filmu sci-fi wszechczasów.
2. Moon
Gdybyście przyparli mnie do ściany i kazali mi wskazać jeden film jedyny film sci-fi ostatniej dekady, który powinniście obejrzeć teraz, w tym momencie, powiedziałbym “Moon”. Podobnie jak wymieniony na początku “Prospect” i “I Am Mother”, niezwykle oszczędny, jeśli chodzi o walory produkcji. Tylko jeden aktor, wybitny Sam Rockwell, i towarzyszący mu robot mówiący głosem Kevina Spacey’ego. To ten rodzaj filmu, w przypadku którego jedno słowo więcej nt. fabuły zepsuje Wam całą zabawę. Serio, nawet nie oglądajcie zwiastuna, która zawiera potężny spoiler. Nie jest przesadnie naukowy. Nie ma w nim też za dużo fantastyki. Jest do bólu ludzki, stawia na atmosferę i obraca się wokół tajemnicy, której poznanie wywołuje i u widza, i u protagonisty wstrząs, bezsilność, a w końcu bunt.
1. Blade Runner 2049
Słyszałem różne opinie o tym filmie. Ale wiem, co myślę o nim ja. Pierwszy w historii odcinek vloga Bez/Schematu był poświęcony temu filmowi. A właściwie mistrzowsko zbudowanego światowi przedstawionemu, który jest faktycznym bohaterem historii.
Buduje na wątkach i motywach pierwszego Blade Runnera z godnością, ale skręca w nieoczywiste strony, potrafiąc zaskoczyć. Jest obrazem stylowym, niespiesznym, wysmakowanym i nie idącym na kompromisy (pewnie dlatego tak słabo poradził sobie finansowo po premierze). Ma do powiedzenia jeszcze więcej niż oryginał nt. moralności, człowieczeństwa i postczłowieczeństwa. A przy tym sceny, których łatwo się nie zapomni i plot twisty, dla których chce się oglądać filmy tuż po premierze.
Niektórzy krytycy mianowali ten film cli-fi, czyli climate fiction, bo tak przekonująco – podobnie zresztą jak “Interstellar” – prezentuje upadek ziemskiego ekosystemu. Jeżeli chcesz posłuchać o tym filmie więcej, polecam Ci obejrzeć odcinek, sprawdź prawy-górny róg. Ja chcę tylko sprowokować, dodając – całkiem szczerze – że należę do grupy ludzi, którym Blade Runner 2049 podoba się bardziej od pierwowzoru.
0. Upgrade
Wrzucam to jako nieszczęśliwie pominięty tytuł (obok “10 Cloverfield Lane” i “Incepcji”), który najczęściej pojawiał się w komentarzach pod wersją wideo tego materiału na YouTube ;) Zatem specjalna pozycja dodatkowa od społeczności to właśnie genialny, brutalny, bezkompromisowy i diablo zabawny (na swój dziwny sposób) “Upgrade”.