Recenzja “1917”. Film, teatr, czy przeżycie?

wtorek, 28 stycznia 2020
Share

“1917” w reżyserii Sama Mendesa to pierwszy film, który obejrzałem w kinie w 2020 r. i lepszy od wszystkich, które zrecenzowałem na swoim vlogu w 2019. W moim przekonaniu to również najlepiej nakręcony film akcji w historii.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2rb6kfa / Apple: https://apple.co/2U3Hpqk

Listen to “Recenzja “1917”. Film, teatr, czy przeżycie?” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

“1917” w reżyserii Sama Mendesa to pierwszy film, który obejrzałem w kinie w 2020 r. i lepszy od wszystkich, które zrecenzowałem na swoim vlogu w 2019. To nie koniec. W moim przekonaniu jest to najlepiej nakręcony film akcji w historii. Podkreślam: nie najlepszy, a najlepiej nakręcony. Arcymistrzostwo kinematograficzne, które posuwa tę dziedzinę naprzód i zapewne będzie studiowane przez operatorów, reżyserów i scenografów przez dekady.

Tyle tytułem wprowadzenia.

Część z Was może teraz przerwać, nie chcąc wysłuchać mojej argumentacji. Szkoda. Część z Was może teraz przyklasnąć, uznając, że potwierdzam Wasze odczucia i nie wysłuchać mojej krytyki. Także szkoda.

Tych z Was, którzy zostaną, spróbuję przekonać do swojego zdania i zachęcić, abyście poszli do kina na ten film jak najszybciej. Najlepiej więcej niż raz.

Pozornie, film Mendesa – autora takich obrazów, jak “American Beauty”, “Droga do Zatracenia”, czy “Skyfall” i “Spectre” – jest kinem wojennym stojącym na ramionach takich gigantów jak “Szeregowiec Ryan” Spielberga czy “Dunkierka” Nolana. I rzeczywiście, czerpie z nich pełnymi garściami. Momentami wprost cytuje także “Zjawę” Alejandro Inarritu.

Jest to powierzchnia. Z seansu “1917” nie wyjdziecie z przekonaniem, że obejrzeliście znakomity film wojenny, tylko kino drogi w konwencji postapokalipsy z domieszką elementów horroru. Nie będziecie mieli nawet wrażenia, że obejrzeliście tradycyjnie rozumianą opowieść filmową, bo fabuły tu jak na lekarstwo. To raczej immersyjny spektakl odgrywany w czasie rzeczywistym na naszych oczach, w którym chodzi o zanurzenie nas jak najgłębiej w świat przedstawiony, ramię w ramię z bohaterami.

Teraz pozwólcie, że rozłożę to na czynniki pierwsze, aby dało się to zrozumieć.

Zawiązanie fabularne otwiera prostą historię. Pierwsza wojna światowa (swoją drogą: nareszcie!). Dwaj młodzi brytyjscy szeregowcy Blake i Schofield zostają wysłani przez Colina Firtha na specjalną misją. Muszą przedrzeć się za linię wroga i zatrzymać atak braterskiego batalionu, który wpadnie w niemiecką pułapkę, jeśli bohaterowie nie zdążą do nich dotrzeć na czas. I celowo użyłem słowa “braterski”, bo w batalionie służy brat jednego z bohaterów, co tylko silniej motywuje go do działania.

Teraz już wiecie, dlaczego jest to kino drogi. Bohaterowie muszą przejść od punktu A do punktu B. Tak się składa, że wszystko pomiędzy tymi punktami przypomina świat po apokalipsie. Ziemia niczyja, która nie wygląda już nawet jak ziemia. Opuszczone podziemne koszary. Żołnierze stłamszeni jak sardynki w okopach o szerokości pudełka zapałek i płonące truchła miast. To mogłaby być ekranizacja “Fallouta”, gdyby nie to, że taki krajobraz pozostawia po sobie każda wojna, jeśli tylko jej się na to pozwoli.

Wszystko to uchwycone w niemożliwy do opisania sposób przez operatora Rogera Deakinsa, który stworzył kadry, obrazy… może powinienem nawet użyć słowa: malowidła, jakie na zawsze pozostaną w mojej pamięci: płonące nocą miasto Écoust-Saint-Mein, pole usłane zniszczonymi działami artyleryjskimi, czy bieg pod prąd w zatłoczonych okopach. Te kadry byłyby w pamięci ulotne, gdyby dodatkowo nie niosła ich muzyka… ale jej poświęcę osobny akapit. 

Powiedzmy to sobie wprost. O “1917” głośno będzie przede wszystkim za sprawą jednego, za to niezwykle pracochłonnego i kosztownego zabiegu: wykreowania iluzji, jakoby cały film był jedną sceną – bez cięć, bez przerw, przez dwie godziny opowiadającą nam w czasie rzeczywistym dokładnie to, co spotyka bohaterów. Nie było to oczywiście możliwe do zrobienia per se, stąd słowo “iluzja” czy może lepiej “magia kina”. Cięcia są, ale pomysłowo zakamuflowane i ani na moment nie pozbawiają nas w trakcie seansu tego wspaniałego złudzenia, że cokolwiek przegapiliśmy.

Stąd też spektakl i immersja o których wspominałem. Jako, że wszystko dzieje się na naszych oczach, w zasadzie bez przerwy, kamera jest de facto trzecim bohaterem filmu. Naszym, widzów, awatarem. Pamiętacie sekwencję lądowania w Normandii w “Szeregowcu Ryanie”? Kiedy po raz pierwszy wykorzystano w kinie roztrzęsioną kamerę? To rozdygotanie, szok, dezorientacja – takie jest niemal całe “1917”, tylko że kamera nie potrzebuje żadnego potrząsania, żeby budować naszą immersję. 

Deakins prowadzi ją między bohaterami w sposób dystyngowany i pomysłowy, raz tuż za nimi, innym razem przed nimi, nad nimi… wykorzystano w tym celu motocykle, jeepy, uchwyty, dźwigi, biegających operatorów przebranych za żołnierzy. I to wszystko jeszcze doskonale zgrano choreograficznie i scenograficznie. Dennis Gassner, production designer, który wraz z Deakinsem współpracował przy wybitnym i wielbionym przeze mnie “Blade Runner 2049”, także pracując nad tym obrazem musiał przejść sam siebie. Inaczej efekt jednej sceny by nie wypalił.

Żadna sceneria nie pojawia się podczas trwania filmu dwa razy. Bohaterowie brną naprzód i nie mogą się zatrzymać. To w praktyce oznaczało, że trzeba było zbudować scenografię dostosowaną do… choreografii i długości dialogów aktorów. Aktorzy musieli wiedzieć ile kroków mają wykonać w okopach, na którym kroku padnie przecinek, żeby tylko nie wyjść ze swoją kwestią dialogową poza scenografię. Musieli więc zrobić kilkaset prób poza lokacją, a potem kilkaset już na miejscu, aby zrobić tzw. blocking scen – bez oświetlenia, bez kamery, bez efektów, aby nie ponosić kosztów, póki nie będą mieli pewności, że cała scena została opanowana przez aktorów do perfekcji. Jak w teatrze. W tym samym czasie Mendes, Deakins i Gassner kombinowali gdzie umieścić kamerę i jak ją przesuwać, aby nadążyć za aktorami. Albo sprawdzali, jak rozłożą się cienie po wystrzeleniu flary na nocnym niebie – bo było to jedyne oświetlenie w scenie. I wszystko to już po tym, jak przećwiczyli to na makietach przed budową scenografii!

A i tak podczas kręcenia zdarzały się dziesiątki problemów i wypadków. Cokolwiek się nie spieprzyło, trzeba było powtórzyć złożoną scenę od początku albo brnąć dalej i włączyć to do filmu – jak w scenie, w której jeden z bohaterów przewraca statystę szarżującego z okopu. Stąd cała produkcja przypominała teatr. I dlatego na ekranie wygląda jak spektakl, którego w jakiś sposób jesteśmy częścią.

Tego nie da się opisać. Tego po prostu trzeba doświadczyć.

Wyjątkowo dobre jest także tempo i rytm obrazu.Tylko dlatego, że fabuła jest prosta, nie znaczy, że scenariusz jest prostacki. Wręcz przeciwnie. To akcja najwyższej próby: całe sekwencje, które pozostawiają widza w bezdechu i na krawędzi siedzenia. Kiedy Mendes nas zaskakuje i szokuje, to tak, jakby Chuck Norris kopnął nas z półobrotu prosto w żołądek. A kiedy daje nam chwilę wytchnienia, to nie po to, abyśmy spojrzeli w telefon, tylko żeby wycisnąć z nas kilka łez albo kibicować bohaterom jeszcze bardziej. 

I tu miejsce na moją jedyną krytykę tego dzieła. Dla mnie to nawet nie krytyka, ale zdaję sobie sprawę, że dla niektórych będzie to punkt przeważający za filmem dobrym, a nie arcydziełem. Dwójka bohaterów do końca pozostaje ledwie naszkicowana. Rozumiemy ich motywacje, ale próżno szukać jakiejkolwiek przemiany wewnętrznej czy zniuansowania. Postaci drugoplanowe nie goszczą na ekranie dłużej niż dwie minuty. Fani Benedicta Cumberbatcha, Marka Stronga, Colina Firtha, czy Robba Starka, czy tam Richarda Maddena – możecie być zawiedzeni. Mnie nie wadzi ani prostota w konstrukcji psychologicznej bohaterów, ani chwilowość relacji. Czemu? Bo to pieprzona wojna. Tak właśnie wygląda wojna. To po pierwsze. Po drugie, jak już ustaliliśmy, to immersyjny spektakl zbudowany na akcji, a nie traktat filozoficzny. Jak ktoś szuka takowego, to zawsze może sięgnąć po “Cienką Czerwoną Linię” albo “Czas Apokalipsy”.

Na koniec pozostawiam jeszcze jeden element. Obok zdjęć i pracy kamery to on jest dla mnie sercem “1917”. To muzyka Thomasa Newmana, która jest najlepszą filmową ścieżką dźwiękową jaką słyszałem od czasu “Interstellar”. Newman współpracuje z Mendesem od dekad i stworzył wspaniałe motywy muzyczne do “American Beauty” czy “Revolutionary Road”. Tym razem skomponował soundtrack, który jest bezbłędny od pierwszej do ostatniej nuty. Podkreśla to, co widzimy na ekranie tak dobrze, jak muzyka Hansa Zimmera w “Dunkierce” – ale lepiej. Jest bardziej hipnotyczna, bardziej niekonwencjonalna i eklektyczna. Uwodzi także bez obrazu. Polecam w szczególności motyw muzyczny, która pojawia się za każdym razem w okopach. Coś wspaniałego.

Podsumowując. “1917” to coś, czego w kinie jeszcze nie było. Nikomu nie udało się stworzyć tak immersyjnego doświadczenia, zachowując tradycyjne środki opowiadania filmowego – czyli wyłączam z tej listy np. “Blair Witch Project”, które rozpoczęło modę na tzw. found footage film. “1917” jest w tej mierze bardzo klasyczne. Na naszych oczach rzuca filmowe zaklęcia, które w rzeczywistości kosztowały tysiące i tysiące godzin pracy na etapie pre-produkcji i już samej produkcji. Dlatego powtórzę: to najlepiej nakręcony film akcji, jaki widziałem. Koncert czterech artystów: Sama Mendesa, Rogera Deakinsa, Denissa Gassnera i Thomasa Newmana. Każdy z nich wspiął się na wyżyny swoich artystycznych umiejętności. I wspólnie stworzyli dzieło, które musicie obejrzeć w kinie. Więc może ten obraz jest też najlepszym argumentem na to, dlaczego kino powinno przetrwać, a nie wszystko nadaje się na premierę od razu na Netflix?

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.