Co DOOM ma wspólnego z Cannibal Corpse? Czyli jak gra może być death metalowa

czwartek, 19 marca 2020
Share

Twórcy z Id Software nigdy nie ukrywali inspiracji metalową stylistyką, a okładki albumów Slayera, ich liryki i sama nazwa ukształtowały DOOMa. Ale ten tytuł więcej ma wspólnego z death metalem i zespołem Cannibal Corpse.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2rb6kfa / Apple: https://apple.co/2U3Hpqk

Listen to “Co DOOM ma wspólnego z Cannibal Corpse? Czyli jak gra może być death metalowa” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

Są w życiu takie przyjemności, które bardzo trudno wytłumaczyć rodzicom albo współmałżonkom. Dla mnie jedną z takich przyjemności jest gra w DOOMa i słuchanie death metalu. Ze szczególnym naciskiem na zespół Cannibal Corpse.

I jak to ktoś kiedyś zgrabnie ujął: wolę, żeby mama przyłapała mnie na oglądaniu porno niż wideoklipu Cannibal Corpse. I chyba podobnie jest z grą w DOOMa. No bo jak wytłumaczyć mamie czy żonie to, co robi się na ekranie, jeżeli jest to najbardziej stereotypowe, przerysowane zwizualizowanie gry komputerowej, która w mniemaniu TVP Info i Fox News prowadzi introwertycznego gracza z przetłuszczonymi włosami od jedzenia Doritos, słuchania death metalu i dokonywania masowej zbrodni na ekranie do jedzenia Doritos, słuchania death metalu i dokonywania masowej zbrodni w swojej szkole. 

…tak przynajmniej próbuje wmawiać nam popkultura, karmiąc w serialach i filmach scenami, w których nastoletni sprawca właśnie grał w grę łudząco podobną do DOOMa. I miał na ścianie plakaty Slayera i Cannibal Corpse.

Szkoda, że niewtajemniczeni za rzadko łapią, że to wszystko zamknięte jest w pewnej hiperbolicznej konwencji, z przymrużeniem oka. Taki jest death metal – bardzo “tru”. I taki jest DOOM z 2016 roku i właśnie ukazujący się DOOM Eternal. Doskonale samoświadomy, pociągająco bezkompromisowy i brutalny w swojej istocie – bo inny być nie może.

Zresztą, twórcy z Id Software nigdy nie ukrywali inspiracji metalową stylistyką, a okładki albumów Slayera, ich liryki i sama nazwa ukształtowały DOOMa.

Więc… w piekielnym oczekiwaniu na DOOM Eternal, otoczony muzyką z zapętlonych albumów Cannibal Corpse na Spotify i w stanie izolacji z obawy przed Coronavirusem, zacząłem móżdżyć. Bez schematu i bez sensu, jak to ja.

I dochodzę do wniosku, że gry mogą być bardziej odjechane, jeżeli ich twórcy słuchają death metalu. Bo DOOMa i Cannibal Corpse łączą te 4 elementy:

  1. Groove
  2. Gore
  3. Dosadność
  4. Złożoność

Po kolei.

Groove

czyli ten specyficzny “uczuć”, który wywołuje w nas muzyka, że chce nam się wskoczyć na parkiet, tańczyć i stepować. W thrash i death metalu to beat, potężny kręgosłup rytmiczny, który gwarantuje m.in. podwójna stopa w perkusji i mechaniczne, ociężałe riffy gitarowe zbudowane na urywanym staccato.

Dave Lombardo, perkusista Slayera, powiedział kiedyś, że w metalu jest coś pierwotnego. Coś co sprawia, że chcesz wskoczyć w tłum ludzi i machać głową albo ruszyć z toporem do boju. Albo i jedno i drugie. Ja jak słucham Cannibal Corpse albo Pantery, tak się jaram, że chcę uderzyć kota w twarz. To jest właśnie “groove”. I spokojnie, nie mam kota, dlatego biję sam siebie.

W DOOMie groove jest najważniejszy. Groove stanowi walka i jej rytmika. To taki balet z piłą łańcuchową i dwururką. Taniec stanowi bieg, skakanie, uskakiwanie na boki, palec na spuście, przeładowanie i zmianę broni. I dobijanie przeciwników. 

Kiedy walczymy, wpadamy w trans. I ten sam trans wywołuje w nas połączenie riffu i podwójnej stopy Lombardo w “Raining Blood” albo “Pit of Zombies” Cannibal Corpse. W death metalu dodatkowo pojawiają się blasty czy też blast beats, czyli superszybkie uderzenia perkusisty na talerzu, werblu czy tomie, które zagęszczają rytmikę i dają wrażenie jeszcze większego parcia na skakanie. Albo bicie kotów po twarzy. Albo siebie.

Death metal sprawia, że czujemy coś w trzewiach, jakaś pierwotna siła chce nas poderwać do tańca. W DOOMie jesteśmy tą pierwotną siłą wyrywającą trzewia z demonów podczas najbardziej popieprzonego tańca w historii gier.

Gore

Co znaczy gore? Gatunek lub zabieg popkulturowy cechujący się dużą, dużą, DUŻĄ ilością krwi, najczęściej uwzględniający wnętrzności w roli głównej.

Death metal i DOOM kochają gore. Bo kochają przerysowaną stylistykę. Diabeł, demony, piekło, flaki, tortury, piły mechaniczne. To jest pakiet standard. W pakiecie premium wchodzą wymyślne narzędzia zbrodni, podgatunki demonów i niuanse historyczno-kulturowe.

Okładki Cannibal Corpse nie pozostawiają wątpliwości. Flaki, morderstwa, szalone wizje z umysłu psychopatycznego mordercy – ale zawsze narysowane, namalowane i przerysowane. Nigdy dosłowne. Raczej umowne. Podobnie liryki, które mówią o waleniu młotem w twarz, uzależnieniu od odcinania głów, wrzuceniu ludzi do dołu pełnego zombie itd. Kocham Cannibal Corpse – bo jest tak brutalne i obrazowe, że aż niedorzeczne. Zresztą… pseudonim artystyczny wokalisty to “Corpsegrinder”. Mielarka dla trupów. I głęboko wierzę, że tak też występuje na Tinderze. Czy NecroTinderze. Albo NecroGrinderze. He.

Bez gore nie byłoby duszy DOOMa, który chełpi się tym, że zmienia stylistykę znaną z okładek płyt zespołów death metalowych w ruchomy obraz. My tych wizji nie kontemplujemy grając DOOM Slayerem. My je tworzymy, malując krwią i flakami. Rozrywamy potwory na strzępy gołymi rękoma, wożąc się po apokaliptycznych krajobrazach niczym Bear Grylls po Łagiewnikach. Jesteśmy tak bad-ass, że podpalamy demony w piekle, a te i tak wrzeszczą z bólu.

Ta przemoc jest tak absurdalna, że aż cudowna. Bo krzywdę wyrządzamy demonom, które także przywędrowały z mrocznych fantazji wokalistów black i death metalowych.

Dosadność

O ile groove to gwarancja tańca, o tyle dosadność to gwarancja nie pierdolenia się w tańcu. Powiedzmy sobie wprost: DOOM czy Cannibal Corpse to nie cza-cza ani rumba, tylko pochód zmienionych w zombie pseudokiboli dzierżących piły mechaniczne. To sequel “Testosteronu” zrobiony przez wczesnego Sama Raimiego.

W death metalu growl, czyli wydawanie z siebie niskiego bulgotu, to jedyna prawilna ekspresja wokalna. To ma brzmieć jak… demon przeklinający “Red Dead Redemption” na PC dzień po premierze. Nie ma śpiewu, nie ma falsetu. Jest growl i kropka. Gitary zestrojone niżej niż standardowo, żeby brzmiały jak… sorry, znowu: piły mechaniczne. Nie ma ballad, trzeba, excuse-moi, napierdalać. Forma dopasowana do treści, bo jak inaczej snuć historie o demonach, mordercach i wszystkich plagach trapiących Uniwersum? Cannibal Corpse nie bawi się w metafory i podteksty ani rozważania nad naturą przemocy. Cannibal Corpse jest przemocą.

I podobnie w przypadku DOOMa. Soczystość tkwi w designie. Bronie wyglądają jak bronie i wydają z siebie raczej “bum” niż “pif”. Facet, którym gramy, to dopakowany, małomówny zabójca demonów, który nie cierpi rozterek egzystencjalnych. Jego jedynym celem życia jest biegać, skakać i strzelać. (Można założyć, że to on w wolnych chwilach projektował okładki albumów Cannibal Corpse). Zasady gry są proste. Idziesz naprzód. Wyskakuje chmara potworów. Masz je wyrżnąć. Idziesz dalej. Kończysz poziom. Czasem zabijesz jakiegoś bossa.

Jeżeli coś ma być death metalowe, nie ma miejsca na półśrodki. Jak rozwiązywać problemy to tylko piłą mechaniczną. Względnie: młotem pneumatycznym, jeżeli ktoś boi się ostrych przedmiotów.

Złożoność

I na koniec, przewrotnie, złożoność. Całą tę narrację zbudowałem w taki sposób, aby wywołać wrażenie, że death metal to muzyka od tępaków dla tępaków, a DOOMa zaprojektowali i zakodowali zapryszczeni incele, żeby zapokoić wyborców Konfederacji. Nic podobnego.

Death metal jest wspaniale technicznym gatunkiem muzycznym, który pod tą całą otoczką gore, dosadnością i tanecznym groovem skrywa imponującą sprawność instrumentalną, często graniczącą z wirtuozerią. Cannibal Corpse komponuje większość swoich utworów w zmieniających się podziałach rytmicznych. Struktury utworów są pokręcone i niebanalne. Słownictwo, którego Corpsegrinder używa do opisu zbrodni w swoich lirykach jest zaskakująco wyszukane. To trochę taka poezja gore. Jak Hannibal Lecter, który dokonuje makabrycznych zbrodni, ale w intelektualnym stylu i gustownej aranżacji.

I DOOM, chociaż wymaga reakcji na poziomie atawistycznym, coraz bardziej przypomina… szachy. Tylko… z piłą łańcuchową. Pod całą tą nawalanką kryje się coraz bardziej złożony system taktyczny. No bo angażując się w walkę w ułamku sekundy musimy podejmować następujące decyzje:

  • jak wygląda teren po którym się poruszamy i jak rozłożone są wszelkie pickupy i boosty?
  • ilu jest przeciwników i który z nich powinien zostać zdjęty w pierwszej kolejności?
  • która broń będzie najwłaściwsza przeciw któremu typowi przeciwnika?

Teraz, wraz z DOOM Eternal, pojawia się jeszcze szerszy i głębszy poziom mikrozarządzania w trakcie walki.

  • jakich zasobów potrzebuję w danym momencie najbardziej? Energii życiowej, pancerza, czy amunicji? W zależności od tego, muszę wykańczać przeciwników na różne sposoby.
  • jakie są słabe punkty demonów, które mogę wykorzystać, aby pozbyć się ich szybciej?
  • które bronie usprawniać w jaki sposób, aby stworzyć swoje własne zagrywki i techniki przeciw konkretnym typom przeciwników

Słowem, to nie bezmyślna napieprzanka. Podobnie jak Mortal Kombat z całym swoim złożonym wachlarzem ciosów i kombosów do wyrycia na pamięć, tak DOOM wymaga ciągłej trzeźwości umysłu, oceny sytuacji i dostosowania środków do okoliczności. Jedynie podczas krwawego baletu, który można by chyba porównać do Johna Wicka na demonicznym speedballu i w piekle.

Głęboko wierzę, że w tym eseju jest jakiś sens. Że szukanie związku między death metalem i muzyką Cannibal Corpse a wspaniałością DOOMa rezultuje pogłębieniem wiedzy o sztuce jako wyższej formie wyrazu. I że projektanci gier oraz artyści wniosą do swoich strzelanek więcej metalu, którego tak brakowało od lat 90. aż do premiery DOOMa w 2016 roku.

A w najgorszym razie, może chociaż zainspiruję Was do wysłuchania dyskografii Cannibal Corpse.

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.