BOŻE CIAŁO, które leczy polską duszę / Recenzja filmu

wtorek, 15 października 2019
Share

"Boże Ciało", czyli nowy film Jana Komasy to poziom światowy. Jest mądry, ale lekki, a dla Polaków mógłby stanowić formę zbiorowej terapii.

🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe

Spotify: https://spoti.fi/2OQNVhM / Apple: https://apple.co/2IY63lT

Listen to “BOŻE CIAŁO, które leczy polską duszę / Recenzja filmu” on Spreaker.


📰 Wersja tekstowa

To wspaniałe, że pomimo Patryka Vegi i filmowych produkcji TVN polskie kino produkuje i wysyła w świat takie filmy jak “Twarz” Małgorzaty Szumowskiej, “Zimna Wojna” Pawła Pawlikowskiego, “Słodki Koniec Dnia” Jacka Borcucha, czy teraz – “Boże Ciało” Jana Komasy. Te dzieła mają polską duszę, nie wstydzą się tego, a reprezentują poziom światowy.

Mówię to dlatego, że “Boże Ciało” – zupełnie niespodziewanie – domyka w moich oczach trylogię jesiennych filmów egzystencjalnych. To “Ad Astra”, “Joker” i teraz “Boże Ciało”. Każdy z tych obrazów prezentuje historię wyłącznie z perspektywy głównego bohatera i każdy z nich ukazuje jego spektakularną przemianę wypływającą z uświadomienia sobie czegoś o sobie i o otaczającym go świecie. “Ad Astra” to był Kierkegaard, “Joker” to Kafka, a “Boże Ciało” to Gabriel Marcel. Ale każdy z nich to film egzystencjalny, który mówi o samotności w obliczu absolutu, marności egzystencji, poszukiwaniu sensu i spokoju wewnętrznego. 

To, co wyraźnie wyróżnia “Boże Ciało” od tych dwóch pozostałych produkcji to fakt, że jest w nim znacznie mniej fikcji. Akcja dzieje się w podkarpackim miasteczku – jednym z takich, które widzimy z okna samochodu, kiedy przejeżdżamy między dużymi miastami i nie mamy dostępu do autostrady. A historia chłopaka, który podszywał się pod księdza jest… prawdziwa. Jan Komasa i scenarzysta Mateusz Pacewicz potraktowali ją jako punkt wyjścia do krótkiej opowieści o nas, Polakach i o naszej polsko-katolickiej duszy. Toteż główny bohater filmu, 20-letni Daniel, opuszcza poprawczak i zainspirowany kazaniami księdza Tomasza, który pomógł mu w zakładzie odnaleźć równowagę duchową, zamiast do stolarni w małej mieścinie, trafia od razu na plebanię. Tam zaprzyjaźnia się z lokalnym proboszczem udając księdza i brnąc w kłamstwo zaczyna pełnić posługę kapłańską. 

Gdyby ktoś przeczytał taki opis amerykańskiego filmu, pomyślałby – to będzie komedia. Kiedy ktoś czyta taki opis polskiego filmu, myśli – będzie smuta i Smarzowski. Spieszę uspokoić. Tylko pierwsze i tylko ostatnie sceny filmu Komasy wywołują ucisk w gardle i wzmagający atak paniki, że może jednak przypadkiem przyszliśmy na kolejny druzgocący psychicznie obraz Wojciecha Smarzowskiego. (W tym miejscu zaznaczę, że kino Smarzowskiego kocham i jednocześnie go nienawidzę, bo zawsze przeżywam je jako traumę). Nie licząc kilku minut “Boże Ciało” jest filmem zaskakująco lekkim i uwodzącym widza, ale w żadnym razie nie prostackim. Pojawia się w nim więcej akcentów humorystycznych niż można by przypuszczać i byłem świadkiem salw śmiechu całej sali kinowej. Co raczej na Smarzowskim się nie zdarza. Chyba, że z nerwów.

Ale! “Boże Ciało” to wciąż film, który mówi o czymś ważnym i nie prześlizguje się wyłącznie po powierzchni. Jest pełen alegorii, przenośni i dobrze zaszytej symboliki, tyle, że posługuje się nimi zgrabnie, nienachalnie. Po prostu mówi do nas mądrze, ale lekko. Traktuje nas jak osoby inteligentne, ale nie jak nadętych sztywniaków. To chyba największe osiągnięcie Komasy i Pacewicza, bo generalnie łamie schemat polskiego kina, które albo moralizuje z zacięciem kaznodziei czy leje po głowie maczugą, albo traktuje jak debila karmiąc wizją świata i humorem rodem z ostatnich 12 sezonów programu Kuby Wojewódzkiego czy spotów autopromocyjnych TVNu. “Boże Ciało” pokazuje, że jest jeszcze inna droga i że jest ona otwarta dla twórców nie tylko w kinie zagranicznym. 

Poza nazwiskiem Komasy i Pacewicza musi paść w tej recenzji jeszcze jedno: Bielenia. Bartosz Bielenia. Nawet Joaquin Phoenix w Jokerze nie zahipnotyzował mnie tak, jak ten młody, wybitny aktor. Jest magnetyczny. Wystarczą mu oczy, żeby wyrazić przebiegłość, agresję, bezradność, upór, przekorność, niezłomność, panikę, brawurę. A że swojej gry nie ogranicza wyłącznie do oczu, to możecie sobie wyobrazić co potrafi zrobić na ekranie. To już pewne, że ta rola otworzy mu bardzo szeroko, bardzo wiele drzwi – i chyba nie tylko w polskim kinie. I zasługuje na to tak samo jak Tomasz Kot, Marcin Dorociński czy Robert Więckiewicz, mimo, iż jego dorobek artystyczny na tle ich jest bez porównania uboższy.

Nim przejdę do tego, o czym najbardziej chciałbym powiedzieć, to jeszcze słowo o montażu. Jeden z najlepszych, jakie widziałem w polskim filmie. Najpierw poraził mnie sam zwiastun i jego jakość – jak na polskie możliwości: światowa. Już w samym filmie jest to poezja pisana nożyczkami przez Przemysława Chruścielewskiego i Komasę. Sceny kończą się niekonwencjonalnie, niby urywają, płynnie przechodząc w kolejne – ale i tak doskonale wiemy jakie było ich rozwiązanie. (To tak a propos tej wiary w inteligencję widza). Zdarza się, że daje to naprawdę piorunujący efekt, przykładowo: zdanie wypowiedziane w jednej scenie zostaje dokończone już w kolejnej, w innym kontekście, miejscu i czasie, ale zachowuje sens; albo sekwencja kilku scenek rodzajowych z wieczoru bohatera tuż po jego wyjściu z poprawczaka, która prowadzi go wprost do autokaru i na plebanię. To jest montaż, przy którym wysiadają najlepsze hollywoodzkie obrazy. I mam tu na myśli także obecne od początku recenzji jako punkt odniesienia “Ad Astra” i “Joker”. 

Wreszcie, o czym tak naprawdę jest ten film? Czemu uważam, że “Boże Ciało” leczy polską duszę?

Jan Komasa niespecjalnie ukrywa w wywiadach, że katastrofa Smoleńska oraz to, w jaki sposób wpłynęła ona na polskie społeczeństwo zainspirowało go do ukazania w swoim filmie małej społeczności, która została podzielona i straumatyzowana przez tragiczny wypadek.

Widzimy więc polskie społeczeństwo – nas – w wydaniu mikroskopijnym, ze wszystkimi przywarami i skazami. Nasza zbiorowa dusza ukazana jest jako tradycyjnie katolicka, o czym przecież cały czas przypominają nam panowie w telewizorze. Tylko, że taka jakby katolicka “po polsku”, nie bardzo po Chrystusowemu – czasem wręcz wbrew jego naukom zawartym w Ewangelii. To taki katolicyzm fasadowy i ostentacyjny, który wyraża się bardziej w słowach i gestach, a czasem wprost służy jako ideowa przykrywka dla czynów niemoralnych. Na to wszystko nachodzi zbiorowa tragedia, która wywołuje demony w dobrych, poczciwych ludziach i każe się zastanowić, czy te demony drzemią w nas cały czas i tylko czekają na swój moment? Czy po prostu nawet Ewangelia nie jest w stanie zatrzymać wylewających się z nas toksycznych emocji, z którym nie powinien w samotności zmagać się żaden człowiek.

W “Bożym Ciele” tę polską duszę leczy ktoś, kto wydaje się do tego najmniej odpowiedni. Ktoś młody, ktoś kto jeszcze nie poznał życia i ma na sumieniu najpoważniejszy z grzechów. A jednocześnie ktoś, kto nie został sformatowany przez seminarium duchowe i kościelny reżim – dlatego odrzuca formalności i rytuały, a wiarę rozumie i czuje w sposób czysty i prosty. Być może tak, jak się powinno. Daniel wyraża to każdym swoim gestem, mimo iż – a może właśnie dlatego że – nie traktuje swojej wiary tak ostentacyjnie jak mieszkańcy podkarpackiego miasteczka. I może właśnie dlatego tak łatwo zaraża nią innych. Jak powiedział dziennikarz i ateista, Christopher Hitchens – jeden z moich największych autorytetów – “Ludzka przyzwoitość nie wywodzi się z religii. Ona ją poprzedza”. Ten film nie krytykuje ani Polaków, ani naszej wiary, ale zachęca nas do zastanowienia się, jaka jest relacja między naszą religią a ludzką przyzwoitością i życiem społecznym.

I Komasa mówi też coś o samym kościele w ogóle, także powstrzymując się od formułowania wyraźnej krytyki. Że może człowiek w sutannie jest dokładnie taki sam jak reszta – i że może powinien być. Że może nie każdy do kapłaństwa jest powołany. Że może nie wszystkie rytuały i nakazy kościoła służą dobru księży i wiernych. I że może wiara nie jest czymś, co da się i należy drobiazgowo formalizować.

Twórcy pozostawiają nas z doskonałym zakończenie, które zapamięta się na długo. Ambiwalentnym, otwartym, szokującym, z kamerą umiejscowioną na twarzy głównego bohatera dłużej niż jesteśmy w stanie to znieść. Pozostajemy też z pytaniami, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ja mogę Was tylko zachęcić do tego, abyście poszli do kina i mogli je sobie zadać.

A przy okazji wsparli to wspaniałe dzieło. Komasa zaliczył udany debiut na festiwalu w Wenecji. Zebrał owacje na stojąco. Hollywood chce zrobić serial na podstawie scenariusza Pacewicza. A Bielenia jest wychwalany przez krytyków filmowych na całym świecie. Jako Polak – jestem dumny i moja polska dusza jest ukontentowana. A jako zadeklarowany ateista, cieszę się, że ktoś stworzył film, który pozwolił mi spojrzeć na religię i wiarę serdecznym okiem.

Chcesz odwiedzić inne planety w Układzie?

Jeżeli lubisz ruchome obrazki, efekty CGI i charyzmatycznego prowadzącego.
Jeżeli doceniasz to co robię, chcesz mnie wesprzeć i mieć wpływ na B/S.
Jeżeli potrzebne Ci małe, regularne dawki wysokooktanowej inspiracji.
Jeżeli moja twarz Cię bawi, a wątpliwej jakości humor intryguje.
Jeżeli pasjonuje Cię mądre i nowoczesne zarządzanie i sektory kreatywne.
Jeżeli wiesz, że Twoja działalność powinna być bardziej bez schematu.