Nerdzi i nostalgia, czyli za co lubimy “Stranger Things”
Z jakich składników bracia Duffer upiekli sukces serialu "Stranger Things"?
🎧 Tu znajdziesz wersje podcastowe
Spotify: https://spoti.fi/30pHmVW / Apple: https://apple.co/33EXyEa
Listen to “Nerdzi i nostalgia, czyli za co lubimy “Stranger Things”” on Spreaker.
📰 Wersja tekstowa
Oto zadanie, które złamało już niejednego śmiałka. Przetłumaczcie na język polski tytuł “Stranger Things”. Ze “Strange Things” dałoby jeszcze radę. “Dziwne rzeczy”, “Obce zdarzenia”. Ale “StranGER”?
Możliwe, że twórcy serialu – bracia Duffer – świadomie nie wykorzystali szansy, żeby zamknąć go w 3 sezonach, które nazywałyby się kolejno: Strange Things, Stranger Things, The Strangest Things. Tylko to zakładałoby jakaś progresję, może stopniowe udziwnianie i umrocznianie (jest takie słowo?) opowieści z sezonu na sezon.
A jest… bez zmian. Może to dobrze?
Dlatego w tym materiale o formule “Stranger Things” i składnikach sukcesu – karkołomnym slalomem omijając spoilery ostatniego sezonu, który być może jeszcze nie wszyscy widzieliście.
Nawiązania popkulturowe
Zacznę od tego z czym chyba najsilniej kojarzy się i ma kojarzyć się “Stranger Things”, czyli intertekstualność, której istotę najlepiej ujął rzymski komediopisarz Terencjusz: “Nic nie zostało powiedziane, co nie zostało powiedziane już wcześniej”.
Ile razy zdarzyło Wam się oglądać ten serial i nie pomyśleć: gdzieś już to widziałem…?
Grupka bohaterów wzorowana jest na paczce dzieciaków z “IT” Stephena Kinga i kultowego filmu “Goonies”. Eleven ze swoimi supermocami czerpie garściami z “Carrie” – także Stephena Kinga oraz “E.T.”, które bracia Duffer niemal dosłownie cytują w pierwszym sezonie w scenach z blond peruką, którą Mike zakłada Eleven i ucieczką na rowerach z wykorzystaniem w kluczowym momencie telekinezy.
Bohaterowie rozmawiają o Star Wars, grają na automatach w “Dragon’s Lair”, przebierają się za “Ghost Busters” w Halloween, a w najnowszym sezonie nawet prześladuje ich postać, która równie dobrze mogłaby wystąpić w remake’u “Terminatora”.
Te nawiązania nie są subtelne. I wcale nie mają być. Bracia Duffer całymi garściami wybierają to, co inspiruje ich w popkulturze i nie tylko przenoszą to na formę, ale wprost na treść. Jakby mówią nam: tak, kochamy te filmy, i te komiksy. Uwielbiamy twórczość Stephena Kinga i Stevena Spielberga. I wiemy, że Wy też, więc po co mielibyśmy udawać, że nie ma ich w świecie “Stranger Things”? Niech uwielbiają je także nasi bohaterowie.
Dlatego “Stranger Things” to pastisz – to pojęcie, które często błędnie rozumie się jako parodię. Nie, pastisz to dzieło naśladowcze, dzieło które czerpie z innych i uwydatnia pewne ich cechy. Bracia Duffer nie tylko wiedzą czym jest pastisz, oni grają z widzem w otwarte karty i cały czas puszczają do niego oko.
Nostalgia
A skoro tak często oglądając ten serial myślimy: “przecież już to gdzieś było”, to wzbudza w nas to uczucie nostalgii. To kolejny magiczny składnik. Te wszystkie filmy, gry i aktywności, które kojarzą nam się z dzieciństwem. Rozterki sercowe czy naiwne przygody i niewinne przyjaźnie, które łączą młodych bohaterów. Dla nas – Polaków – ten ładunek nostalgicznych emocji zawartych w serialu nie jest tak silny jak w przypadku Amerykanów.
Fryzury, ubrania, muzyka, klimat małego miasteczka w Indianie, KFC i Coca-Cola na stole, Back to the Future w kinie a Ronald Reagan w telewizorze – to nie są po prostu lata 80. To są lata 80., jakimi Amerykanie chcieliby je pamiętać. A “Stranger Things” tę wizję ożywia, wywołując przyjemne, ciepłe, rozlewające się po ciele uczucie beztroski – że kiedyś to było lepiej. Było się dzieckiem. Cola smakowała lepiej. W kinach grali dobre filmy. Młodzież się więcej bawiła na dworzu i walczyła w demonami z innego wymiaru.
Równowaga
I ten świat widziany oczami dzieci, a w nowym sezonie już młodzieży, ich przeżycia i rozterki, chwile spędzone w szkole, w domu, podczas zabawy, pierwsze pocałunki, rozpadające się i formujące nowe przyjaźnie to idealna przeciwwaga dla kosmicznego horroru i fantasy. Lekki dramat obyczajowy o nastolatkach równoważy się w idealnej proporcji z tym, co przerażające i nieopisane. Oczywiście, Stephen King stworzył wzór w postaci swojego IT, “Tego”, a niedawna kinowa adaptacja jest – jak dla mnie – lepsza od “Stranger Things”, ale to bracia Duffer dopracowali ją do perfekcji. Wprowadzili w idealny balans, który zapewnił przystępność serialu dla wszystkich. Jest w sam raz grozy i fantastyki, i w sam raz paradokumentu środowiskowego o dojrzewaniu grupki amerykańskich nerdów.
Hołd dla kultury nerdów
A właśnie. Podobnie jak Marty McFly z “Powrotu do Przyszłości”, tak czwórka nastoletnich bohaterów “Stranger Things” jest nerdami. Świrują na punkcie popkultury. Tak bardzo, że mogliby założyć vloga i nazwać go Bez/Schematu. Z pamięci cytują “Star Wars”, “Hobbita”, “X-Men”. Grywają w piwnicy w klasyczne papierowe RPG dungeons & dragons – od tego przecież zaczyna się cały serial.
Większość rówieśników patrzy na nich z politowaniem, a oni mają swoją małą, hermetyczną krainę na styku komiksów, gier i filmów. Tylko “Stranger Things” nie traktuje ich z tego powodu nonszalancko, jak wiele innych seriali czy filmów, które prezentują nerdów boleśnie stereotypowo – w wielkich okularach, z niemodną fryzurą i niezdolnych do komunikacji z drugą osobą. “Stranger Things” jest pochwałą nerdyzmu.
To właśnie ta odludkowość i fijoł bohaterów na punkcie popkultury i mediów jest tym, co pozwala rozwiązać większość problemów. Jak nazywa się ten główny zły z 2. i 3. sezonu? “Mind Flayer”. Łupieżca umysłów. To kreatura wzięta wprost z podręcznika Dungeons & Dragons przez Dustina, która pozwala im jakkolwiek opisać i zrozumieć moce, które posiada ich przeciwnik. A Demogorgon? To samo. Pierwsza sesja gry w RPG w piwnicy Mike’a wygląda tak, jakby to właśnie ich rozgrywka i ich wyobraźnia tchnęła życie w świat Upside Down i jego potwory.
Dustin okazuje się być genialnym wynalazcą i technikiem, a Eleven posiada moc jak Jean Grey z X-Men albo Jedi i jest dla reszty paczki superbohaterką, kiedy w oczach dorosłych stanowi niebezpieczeństwo albo obiekt eksperymentów.
Nerdzi w serialu braci Duffer wygrywają nie pomimo tego, że są nerdami, ale dzięki temu, że nimi są. Dlatego, że sami twórcy się za takich uważają i przecież widać to w ich dziele na każdym kroku przy każdym kolejnym cytacie z popkultury. A my? Widzowie? No chyba każdy z nas ma w sobie trochę z nerda i dzięki “Stranger Things” czujemy, że wcale nie ma się czego wstydzić i na pewno warto to w sobie zachować.
Utarty schemat historii
Struktura scenariusza – opracowana w pierwszym sezonie i przeniesiona bez zmian na kolejne. “Stranger Things” ma klasyczną i bezpieczną trójaktową formułę.
Najpierw ekspozycja, w której zawsze zastajemy bohaterów w jakimś momencie ich życia. A to zaczęli wakacje i część z nich się nimi delektuje, część spędza czas w sezonowej pracy. Albo dowiadujemy się, że Eleven żyje i mieszka z Jimem Hopperem, ale pozostaje odizolowana od świata. Wtedy też, zawsze następuje setup tego złego – bo zawsze, notabene, musi być ten zły.
Drugi akt to konfrontacja i zajmuje najczęściej przestrzeń od odcinka 2 do 6. Stopniowo pojawia się tajemnica do rozwiązania, bohaterowie zostają rozdzieleni na kilka grup i prowadzą swoje własne śledztwa niezależnie od innych.
Wreszcie 7 i 8 odcinek (lub jeszcze 9, jak w sezonie 2.) grupki bohaterów łączą się w jedną i współpracują, aby pokonać tego złego. Na koniec zawsze epilog i spojrzenie w przyszłość, czyli w jakim punkcie kończą ten etap historii wszyscy z bohaterów.
Ta formuła jest żelazna. Niezmienna. Przy drugim sezonie można było powiedzieć, że to zbieg okoliczności. Przy trzecim po prostu widać, że “Stranger Things” jest jak Big Mac – przepyszny i zawsze wiemy, jak będzie smakował. Każdy składnik zawsze będzie dokładnie na swoim miejscu.
Czy to dobrze? To zależy czego oczekujecie. Jedni chodzą do McDonalda właśnie dlatego, że kochają Big Maca i wiedzą, co dostaną. Inni lubią być zaskakiwani. Warto zadać sobie pytanie: czy “Stranger Things” może zachować swoją magię i wszystkie swoje charakterystyczne magiczne składniki:
- Intertekstualność.
- Nostalgię.
- Proporcje między teenage drama i horrorem.
- Pochwałę nerdyzmu.
- Niezmienną strukturę.
…ale jednocześnie rozwijać swoją formułę, dojrzewać razem z bohaterami. Czy być może musi podmienić któryś z tych składników? A może jest dobrze tak jak jest?
To już zostawiam Waszej ocenie. Ja żadnego Big Maca nigdy nie oszczędziłem.