“Leaving Neverland” to test dla nas wszystkich – nie tylko dla fanów Michaela Jacksona
Garść przemyśleń po obejrzeniu "Leaving Neverland", czyli dwuczęściowego dokumentu o ciemnej stronie Michaela Jacksona.
Zacznę od spostrzeżenia, że w moim odczuciu ten film jest testem. Dla wszystkich, którzy żyją w epoce celebrytów, ikon popkultury i którzy nie mogą nie znać twórczości Jacksona. Fanów większych, fanów mniejszych i fanatyków totalnych. Test jest następujący: czy chcesz poznać prawdę? czy może chcesz za wszelką cenę zachować w pamięci i w sercu obraz Jacksona niewinnego, dobrego, takiego który kocha cudze dzieci tak bardzo, że zaprasza je do swojej posiadłości i do swojego łóżka?
Ja wybrałem to pierwsze już dawno temu. Nigdy nie wydawało mi się normalnym , że 35-letni facet chodzi publicznie za rękę z 12-letnim chłopakiem, nie będącym jego dzieckiem. Dziś można śmiało powiedzieć, że to nie tyle nie było jego dziecko, ile był to po prostu jego chłopak. Wielu chłopaków w zasadzie – młodych partnerów wśród których był m.in. Maculay Culkin i dwaj bohaterowie “Leaving Neverland”. I to drugie moje wrażenie: ten obraz to proces odchodzenia od wyobrażeń i niedomówień do rzeczywistości i klarowności. Łączenie kropek, zdanie po zdaniu i potwierdzanie obaw, które są tak logiczne, tak uderzająco oczywiste, a jednak przez całe dekady spychane na bok w świadomości przez miliony ludzi.
Kolejna rzecz, być może najbardziej dosadna. Kwestia wiarygodności bohaterów. Uważam, że ktoś, kto dziś twierdzi, że to wciąż pomówienia i spekulacje:
- albo nie widział tego dokumentu
- albo jest naiwny i ma skłonność do myślenia spiskowego
- albo jest tak wielkim fanatykiem Jacksona, że jego psychologiczne mechanizmy obronne biorą górę nad zdrowym rozsądkiem
Nie wierzę, że ktoś, kto obejrzy ten dokument, powie z kamienną twarzą: ja im nie wierzę. Sądzę, że są pewne rzeczy, które można spreparować, przekłamać, zagrać. Rzeczy, które mówią bohaterowie, sposób, w jaki o nich mówią i okoliczności w jakich one nastąpiły są prawdą. Nie wiem, jaki talent aktorski i jakie motywacje trzeba by mieć, aby być w stanie kłamstwo uczynić tak przekonującym.
Materiał nie boi się pójść dalej, niż byśmy tego od niego oczekiwali. Jasno podejmuje kwestię kłamstwa pod przysięgą, którego dopuścił się jeden z bohaterów – i racjonalnie (i przekonująco) tłumaczy dlaczego miało ono miejsce (o tym za moment). Wprost pokazuje też… przepraszam, to będzie emocjonalne… nieprawdopodobną głupotę i płytkość matek obu mężczyzn (wtedy chłopców). Jeżeli można kogoś wskazywać palcem i obwiniać, poza Jacksonem, to matki bohaterów, które ani nie grzeszą intelektem, ani klasą i kulturą osobistą (“tańczyłam i śpiewałam, kiedy umarł Jackson”). To one zdecydowały się pozostawić swoich synów pod opieką obcego mężczyzny i to one nie reagowały na oczywiste sygnały, jak listy, w których są wprost wyznania miłości (!) czy sytuacje, w których Jackson zamykał się z ich synami w pokoju pod kluczem. Kobiety, które tak pragnęły luksusu, “haj lajfu”, że były w stanie – świadomie/nieświadomie – przymknąć oko na to, co najgorsze. De facto: płaciły ze swoje lepsze życie dzieciństwem swoich synów.
Punkt przedostatni – sami bohaterowie. To dziś heteroseksualni mężczyźni, którzy mają pozornie poukładane życia i kariery. Pozornie, bo pod spodem są złamanymi ludźmi. Ludźmi, którzy wybuchają płaczem, kiedy widzą swoje dorastające dzieci i myślą o tym, co zrobił im Jackson, kiedy byli w ich wieku. Ludzie, którzy raczej narażają swoją karierę, mówiąc prawdę, niż mają cokolwiek do zyskania na tym “coming oucie”. I co trzeba powiedzieć głośno: ludzie, którzy do dziś – w jakimś stopniu – kochają Michaela Jacksona. I to też odpowiedź na pytanie: dlaczego kłamali wcześniej? Ponieważ bali się, że ich idol, ich (dosłownie!) pierwsza prawdziwa miłość trafi do więzienia, gdzie po prostu będzie zaszczuty, zniszczony i zabity. Nawet dziś coś w nich pęka. Jeden z nich pokazuje pierścionek, który dostał od Jackson na “zabawowej ceremonii ślubnej”. I patrzy na niego nie ze złością. Bardziej z żalem, tęsknotą, złamanym sercem i zmieszaniem.
I wreszcie, na koniec, Michael Jackson. Jeżeli ktoś nie mówi tego wystarczająco głośno, może ja to zrobię: Michael Jackson był pedofilem. Być może innym, niż podpowiadają schematy. Nie był seksualnym drapieżnikiem. Nie był brutalny i nieczuły. Był wrażliwy, opiekował się swoimi… dziecięcymi partnerami. Autentycznie chciał dla nich dobrze. Co nie zmienia faktu, że był pedofilem. Molestował chłopców w wieku 7-14 lat. Miał wielu takich partnerów, których wymieniał średnio co rok. Tych poprzednich odsuwał na dalszy plan. Wykorzystywał przebiegle swój status i bogactwo, aby mieć do nich dostęp i aby mamić ich rodziny luksusem. Zbliżał do siebie emocjonalnie i fizycznie dając szansę na karierę, bo najczęściej byli to tancerze w jego zespole. Kiedy było trzeba, szantażował emocjonalnie albo nastawiał przeciw rodzicom (w szczególności: matkom i kobietom w ogóle).
Czy przestanę słuchać Jacksona? Odpowiem bez schematu: nie. Lubię jego twórczość, niektóre kawałki uwielbiam. Nie wiem dlaczego miałbym sobie odmawiać przyjemności ich słuchania. Czy zapomnę, kto za nimi stoi i czego się dopuścił? Także nie. I postąpiłbym dokładnie tak samo, gdyby ta historia okazała się prawdą w przypadku wielu moich innych, nieporównywalnie bardziej cenionych przeze mnie idoli.
Jeżeli miałbym wybierać między prawdą a błogą nieświadomością, zawsze wybiorę prawdę. A Wy?